Wpisy

  • czwartek, 18 września 2014
    • 22. Piramida jako alegoria

      Nie jestem entuzjastą eseistyki prof. Jana Hartmana (w "Polityce") gdy dotyczy ona sfery politycznej, chętnie natomiast czytam Jego teksty z pobrzeży etyki i na tym podobne niepolityczne tematy tamże. Z zainteresowaniem tedy czytałem Jego tekst "Rejs tragiczny" (w nr 38/2976 str. 104 tejże "Polityki" z września br.). Pisze Hartman o wrażeniach z obejrzenia cyfrowej rekonstrukcji filmu "Rejs" uznanym, jak to dzisiaj się mówi, za film kultowy - i słusznie. W odróżnieniu od Autora obejrzałem ów film więcej już niż dwa razy, ale dopiero tekst Hartmana pozwolił mi zrozumieć go pełniej, niż dotąd. Zawsze był to dla mnie zestaw wielu trafnych obserwacji, obrazujących, w jaki sposób jednostki przystosowują się do Systemu, który stopniowo je demoralizuje mentalnie; esej Hartmana pozwala mi spojrzeć na film, jako na syntetyczny opis nieuchronnej degrengolady mentalnej, jakiej jednostka w Systemie jest poddana. Hartman czyni syntezę z tego, co ja uważałem za świetną analizę. Aby to, co napiszę dalej, było bardziej zrozumiałe zalecałbym, jesli można, obejrzeć ów film (na YouTube do obejrzenia chyba bez trudu) a także zapoznanie się z wymienionym wyżej tekstem Hartmana. Nie będzie to na pewno strata czasu. Przeciwnie.

      Czytając felieton Hartmana i przypominając sobie sceny z filmu miałem jednocześnie silne wrażenie, że "Rejs" może być nie tylko opowieścią o "tamtych" czasach i o tym jak System ludzi mentalnie deprawował (czym film jest), ale może też być pomysłem na alegorię innego Systemu, dobrze nam współcześnie znanego. Taki współcześnie nakręcony według tego samego pomysłu film mówił by o Systemie "Niewierzących ale Praktykujących", czyli o praktyce polskiego KRK. Ról dla aktorów prawdziwie wierzących, choć niekoniecznie praktykujących w nim nie przewidziano; tacy też (choć są) nie zostali by przy realizacji filmu zatrudnieni. Niezupełnie pasuje mi tylko ów statek (choć sam czasem używałem porównania krk do tankowca), jako jednostka bądź co bądź zwrotna, bo gdy myślę o Instytucji krk raczej nasuwa mi się porównanie do PIRAMIDY osadzonej nieruchomo. Bryła, stanowiąca piramidę (ostrosłup, najczęściej o podstawie prostokąta) stanowi z punktu widzenia statyki i stateczności w przestrzeni bryłę prawie idealną. Snując dalej analogie do Instytucji krk, na szczycie piramidy znajduje się samotny ostrosłup wierzchołkowy (powiedzmy biskup Rzymu), potem w dół biegną coraz większą zajmujące powierzchnię jedna pod drugą warstwy symbolizujące kler; od kardynałów, przez biskupów, dalej proboszczów po księży prawie na samym dole. Prawie, bo całkiem na dole mieści się warstwa fundamentalna czyli "lud boży", na której cała bryła piramidy spoczywa. Można sobie wyobrazić piramidę bez wierzchołka, nie jest natomiast do pomyślenia piramida bez warstwy fundamentowej, tak jak nie można rozpocząć marszu, nie wykonując pierwszego kroku. Piramida ta znalazła się wielokroć w historii w położeniu chybotliwym, wstrząsanym trzęsieniami, które wykazały jej małą elastyczność i nieodporność na wstrząsy oddolne. W toku tych konwulsji odpadło też z Piramidy sporo budulca, z którego zbudowano wokół inne, mniejsze bryły, rzadko jednak w kształcie piramidy pierwotnej. Najsilniejszym wstrząsem była tzw. konwulsja luterańska. Przed powtórzeniem się takiej klęski Piramida w międzyczasie dobrze się zabezpieczyła...i trwa tak w niezmienionym kształcie od stu- i tysiącleci, choć omszała od starości. Powiedzmy teraz (to dość ryzykowne założenie), że na wierzchołku znalazł się człowiek, który nie zapomniał skąd wyszedł (jak wszyscy w Piramidzie: z samego dołu) i dobrze wyczuł "ducha i znaki czasu", i jest w tym wyczuciu zgodny z tym co myślą fundamenty a myślenie to znajduje wyraz w przekonania, że Piramida, jeśli ma się ostać,  musi stać się bardziej elastyczną, odporną na wstrząsy i zmienić kształt na bardziej pasujący do otoczenia i czasu. To rodzi szereg pytań, na które każdy niech sam spróbuje sobie odpowiedzieć. Pytanie pierwsze brzmi: czy jest możliwe przemodelowanie piramidy tylko siłami wierzchołka i warstwy fundamentowej? Skoro już odpowiemy sobie na to pytanie, postawmy następne: Czy można się spodziewać, że budulec wnętrza bryły Piramidy (pomiędzy fundamentem a wierzchołkiem) przyłoży dobrowolnie rękę do takiego przemodelowania Piramidy, w wyniku którego znaczna jej część zamieni się gruz? Jednym słowem, czy dostojnicy kleru (to oni WYPEŁNIAJĄ wnętrze Piramidy!) zechcą z własnej woli dokonać seppuku? To nas prowadzi na końcu do pytania - konkluzji: Jaka jest szansa, że Piramida " sama z siebie", bez ingerencji z zewnątrz zmieni się zgodnie z oczekiwaniem fundamentów i chęciami wierzchołka? I jaka tu może być ewentualnie ingerencja z zewnątrz? TAKŻE ŻADNA!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 września 2014 19:28
  • wtorek, 12 sierpnia 2014
    • 21. Pojęcia, o których nie mamy pojęcia...

      Przetaczają się przez naszą prasę, blogi, media elektroniczne i gdzie indziej też (fora publiczne i polityczne) gorące dyskusje o sprawach, mających duże znaczenie praktyczne, nieraz dramatycznie duże. Tak jest z całą problematyką dotyczącą rodzenia i śmierci. A nie można powiedzieć, że jest nieważna lub marginesowa skoro mowa o tym, co dotyczy i dotyka, spotyka i spotka KAŻDEGO człowieka. Ważniejszą więc wyobrazić sobie trudno. Problematyka urodzin styka sie bezpośrednio z problemami seksualności człowieka, ta zaś styka się ze sferą moralności (bo tak w naszym kręgu cywilizacyjnym zadekretowano i tak zostało) a ta jest chętnie zawłaszczana przez kościół rzymsko-katolicki, który także w tej dziedzinie uważa się za mentora i przewodnika. Zaryzykował bym nawet twierdzenie, że krk zajmuje się tą problematyką z prawie obsesyjnym zaangażowaniem, jak gdyby nie było innych dziedzin, gdzie być może z większym pożytkiem (dla ludu i sprawy) mógłby rozładować swój impet moralizatorski. Ale jest jak jest.

      "Gorącymi" tematami ostatnich dyskusji są więc: aborcja, in vitro, eutanazja, sumienie (i jego "klauzule"), ochrona życia (od poczęcia do śmierci) oraz związana z nimi nadrzędność/podrzędność praw ludzkich, boskich, naturalnych, stanowionych itd. Tymczasem, jak się głębiej zastanowić, dyskutujemy wszyscy o sprawach, w których posługujemy sie pojęciami, których albo nie rozumiemy, albo nie sa one jednoznacznie zdefiniowane, albo tez każda ze stron rozumie je inaczej - czytaj: jak jej wygodnie. Chętnie w takich sytuacjach cytuję Voltaire'a który postulował, aby zanim się przystąpi do dyskusji, uzgodnić znaczenie terminów, jakie się będzie w niej stosowało. To pozwala unikać nieporozumienia, czy wręcz niezrozumienia. Wszakże w wypadku, o którym tu mówię, dochodzi jeszcze jeden znaczący element. Ten mianowicie, że definicje terminów i znaczenie, jakie sie im przypisuje pochodzą często z czasów zamierzchłych. Mamy więc nie tylko trudność wynikająca z odmiennej interpretacji, ale także i tą, że współczesność (na skutek postępu wiedzy i nauk) dawno wyprzedziła i zmieniła niejednokrotnie ten ładunek informacji, który tradycyjnie danemu terminowi zwykliśmy przypisywać. Aby odejść od rozważań teoretycznych przejdźmy do konkretów. Z jednym zastrzeżeniem: zwracając uwagę na nieścisłość, nieaktualność, sporność, nieostry kontur znaczeniowy niektórych słów wcale nie mam zamiaru proponować "prawidłową" definicję - na to mam zbyt mało kompetencji, zatem uprawnień. Chce tylko zwrócić uwagę, że owe niejednoznaczności pozwalają w dyskursie publicznym na narzucanie inaczej myślącym "swojej" narracji znaczeniowej. I w tym tkwi niebezpieczeństwo, bo następuje nieuświadomiony przez odbiorcę "podbój mentalny". Tak się własnie dzieje.

      ŻYCIE*. Gdyby próbować odpowiedzieć czym jest, kiedy sie zaczyna i kiedy kończy na niemałą się natkniemy trudność. Być może sama definicja życia jako takiego nie nastręczała by takich trudności (pewnie chodziło by w niej od zdolność do wykonywania określonych funkcji, które zdefiniować się da), i stosunkowo łatwo znaleźć naukowo uzasadniony konsensus, ale już zdefiniowanie jego początku (stale poruszamy się w dziedzinie nauk o człowieku) jest przedmiotem poważnego sporu, w którym moraliści kościelni odmienne od naukowców biologów (także różniących się poglądami) odmiennie je definiują. Wyróżniam tu jakby dwie szkoły:

      - jedną wywodzącą się z tradycji przekazu biblijnego (choć od dawna nie powołującą się wprost na to) reprezentowana najkonsekwentniej przez nauczanie kościoła rzymsko-katolickiego i sprowadzająca się do nagłego aktu jednorazowego. To przecież biblijny Bóg rzekł "niech stanie światłość" i stała się. Cały akt stworzenia skomprymowany zostaje tam do raptem 6 dniu. Wszyscy są dzisiaj zgodni, że to bardziej alegoria niż jakakolwiek prawda ale ten sposób myślenia pokutuje - i własnie w definicji aktu poczęcia człowieka gnieździ się znakomicie. Jest to według tego sposobu myślenia akt jednorazowy, krótkotrwały (połączenie plemnika z jajeczkiem). Od tego MOMENTU życie jest więc jakoby poczęte. Tymczasem nawet członkowie watykańskiej Papieskiej Akademii Nauk dawno na ten sam temat mieli poglądy odmienne (są na ten temat wypowiedzi sprzed laty) stojące w jawnej kontrze do zdania kardynałów w Watykanie takie mianowicie: że STAWANIE SIĘ CZŁOWIEKIEM w toku życia płodowego jest PROCESEM i nie da się wyróżnić momentu w którym już zaistniał człowiek. Do dzisiaj krk głosi w tej sprawie odmienny pogląd sprowadzający się do twierdzenia, że życie (w domyśle więc: człowiek) istnieje od poczęcia. To co prawda upraszcza (żeby nie powiedzieć: wulgaryzuje) znacznie dyskusję ale jednocześnie polaryzuje ją i zaostrza niesłychanie w wielu płaszczyznach. Z tym zjawiskiem mamy do czynienia u nas, gdzie to krk żąda bezwzględnej OCHRONY ŻYCIA (wg swojej definicji) OD POCZĘCIA aż do...o tym dalej. Cały front walki przebiega tu na polu ginekologii z wiadomymi skutkami dla naszej wyobraźni, wrażliwości i wyobrażeniach o życiu godnym życia.

      - Druga szkoła myślenia wychodzi z założenia, że wszystko co nas otacza, jest wynikiem określonych PROCESÓW czyli sekwencji zdarzeń rozciągniętych w czasie i wyróżnianie w tych sekwencjach zdarzeń ostrych, rozgraniczających stany różniące się jakością (dotąd np. nieczłowiek, odtąd człowiek) jest z reguły niemożliwe. Wszystko jest stopniowym STAWANIEM SIĘ od formy prostej do takiej, jaką ukształtowała ewolucja na obecnym etapie. Tego punktu widzenia, choć naukowo uzasadnionego we wszystkich dziedzinach, doświadczalnie potwierdzonego, krk przyjąć do wiadomości w wymienionej tu dziedzinie (prokreacji) nie chce. Bo też uwiązany w swojej "nauce o człowieku" (którą w znacznej mierze i z zastanawiającą i podejrzaną intensywnością lokuje w kroczu i okolicach) raczej nie może. Można by machnąć ręką, gdyby to był spór jałowy i teoretyczny. Niestety jest jak najbardziej i dojmująco realny bo dotyczy losów matek, i ich urodzonych lub nienarodzonych dzieci. Ogień tego sporu krk podsyca konsekwentnie i umiejętnie, wychodząc ze swojej uzurpowanej pozycji rządcy dusz.

      ŚMIERĆ*. Co do tego, że życie nasze od urodzenia nieuchronnie zmierza ku śmierci, wszyscy są zgodni. I na tym też ta jednomyślność się kończy. Bo na temat tego, jak urządzić ten okres czasu, który nam los daruje pomiędzy urodzeniem a śmiercią ludzie sprzeczają się, jak długo istnieją i potrafią takie sprzeczki prowadzić. Składnikiem tego sporu jest także próba odpowiedzi na pytanie, czy człowiek jest niejako "właścicielem" (dysponentem) swego życia i ma wobec tego prawo zakończyć je o takiej porze i w taki sposób w jaki sam sobie wybierze. Starożytność (rzymska na przykład), jak wiadomo, nie widziała nic zdrożnego w akcie suicydalnym, a nawet nadawała mu splendor czynu chwalebnego i quasi-bohaterskiego, zastrzeżonego wszakże dla mężczyzn głównie. Od tego czasu poglądy się zmieniły, może nawet diametralnie, wszakże egzystuje też takie rozumowanie, że wolność wyboru pory i sposobu zakończenia własnego życia jest jedną z wolności przysługujących człowiekowi. Sprawa jest tak indywidualna, że trudno tu się pokusić o jakieś ogólnie obowiązującą normę (co było by zresztą sprzeczne z owym postulatem wolnościowym) ale trudno mi oprzeć się myśli, że człowiek śmiertelnie chory, znoszący niewyobrażalne (dla innych) cierpienia (ból), będący w pełni władz umysłowych, może chyba poprosić fachową pomoc o skrócenie jego cierpień przez skrócenie życia, którego trwanie jest policzone (o ile w ogóle można tu coś rachować). Odmowa takiej pomocy jest aktem okrucieństwa chyba większym, niż próba zakończenia męki umierania, która nikogo nie krzywdzi? Tak czy owak znajdujemy się na terenie na którym trudno zdecydowanie zastosować jedną żelazną i bezwzględnie wszystkich i zawsze obowiązującą regułę brzmiąca NIE,bo NIE. Taki (i to jest logiczne) pogląd reprezentują ci, którzy walczą o bezwzględną ochronę życia od poczęcia do naturalnej śmierci. A co właściwie jest ową śmiercią naturalną? Co w ogóle jest śmiercią i kiedy ona następuje? Od czasu, gdy kwalifikowano ją jako brak oznak życia (ruchu), poprzez brak oddechu (słynne lusterko), następnie brak akcji serca, do braku akcji mózgu przeszliśmy długą drogę. Trwała setki lat i bynajmniej nie dobiegła kresu. Podobnie było z urodzeniem (liczonym od wydobycia płodu z ciała matki i jego pierwszego krzyku-oddechu, poprzez określone etapy rozwoju płodu w organizmie matki określające zdolność do samodzielnego funkcjonowania poza organizmem matki, aż do połączenia plemnika z jajeczkiem droga była równie długa, tyle że "w przeciwną" stronę) i definicją momentu narodzenia się istoty żywej - człowieka. 

      SUMIENIE*. O tym, jak gospodarujemy tym czasem, jaki natura daje nam do dyspozycji pomiędzy urodzeniem i śmiercią (jak by je nie definiować) a w szczególności tą jego częścią, która jest ŻYCIEM ŚWIADOMYM, decyduje cały zespól mechanizmów niebiologicznych (w które natura nas nie wyposaża) które w konsekwencji regulują stosunki między nami, ludźmi. A przynajmniej powinny. Sumienie ma nam pomóc rozróżniać pomiędzy dobrem a złem w naszym postępowaniu wobec innych (jednostek i zbiorowości). Starałem się na ten temat napisać parę zdań w poprzednim (20) wpisie na tym blogu, tam więc odsyłam ewentualnie zainteresowanych. Także i ta definicja jest kategorią zmienną w historii, w obszarach kulturowych w końcu zmienną u każdego pojedynczego człowieka Tu i Teraz.

      Sytuacja jest więc mniej więcej taka: życie nasze toczy się pomiędzy punktem (urodzeniem) co do którego nie ma zgody, w którym momencie następuje i kończy w punkcie, co do którego mamy równie płynną (i sporną) definicje momentu jego zaistnienia i mamy je regulować przy pomocy narzędzi (np.sumienia) co do których jesteśmy całkowicie niepewni i w sporze co nim jest i jakie powinny być jego imperatywy. Znajdujemy się więc w tej dziedzinie w sytuacji całkowitej niepewności i nieoznaczoności ale przez to bardzo podatnej na manipulacje z wszelkich możliwych stron. Tą słabość wykorzystują wszelkie ideologie oraz fundamentalizmy (w tym katolicki) oferując nam bardzo proste recepty (w duchu "tak-tak, nie-nie") na rozwiązywanie (a raczej narzucanie rozwiązań) wszelkich wątpliwości związanych z tą dziedziną naszej egzystencji. Kto jednak zamiast łykać prefabrykowane recepty obowiązujące wszystkich zawsze, wszędzie i jednakowo, indywidualnie zastanawia się nad życiem i jego przypadłościami ma niezgorszy orzech do samodzielnego rozgryzienia.

      ----------------

      * - Terminy tu przytoczone, są kategoriami HISTORYCZNYMI. Podlegały i podlegają zmianom w czasie i przestrzeni, tak jak treści, które wyrażają. To oczywiście cała sprawę tu opisywaną dodatkowo komplikuje. I trochę też budzi nasz sprzeciw. Mamy bowiem naturalną tęsknotę do obracania się w świecie pojęć utartych, niezmiennych, których można "się trzymać". I na tym bazują ci wszyscy, którzy podsuwają nam recepty słuszne zawsze i wszędzie. Takich recept jednak nie ma. I o tym dobrze pamiętać, łatwo wpaść w pułapkę; wygodną ale fałszywa...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 sierpnia 2014 17:03
  • wtorek, 29 lipca 2014
    • 20. Klauzula sumienia czy sumienie w klauzurze...

      Toczy się od dłuższego czasu dyskusja na temat tzw. klauzuli sumienia, nagłośniona przypadkiem prof. Chazana w związku z odmową aborcji w szpitalu warszawskim, przez niego kierowanym; ale jest to przypadek zjawiska szerszego obejmującego jeden z frontów "walki ideologicznej" (jeśli można użyć tego terminu) toczonej przez instytucjonalny kościół rzymsko-katolicki (dalej krk) w Polsce z państwem polskim i jego systemem prawnym. Zawężę jednak dywagacje do problematyki sumienia i związanej z nią "klauzuli sumienia". Pozwoliłem sobie w innym miejscu (Pisanki) przywołać definicję sumienia za Wikipiedią, stwierdziwszy, ze dobrze jest uzgodnić znaczenie terminu, zanim się zacznie rzecz dyskutować. Tym bardziej, że dyskusja na ten temat w Polsce przebiega akurat według odwrotnego porządku. Powtarzam tu ten zabieg, cytując rzeczoną definicję, bo wydaje mi się dobra. Cyt.:"Sumienie – w niektórych religiach i nurtach etycznych wewnętrzne odczucie pozwalające rozróżniać dobro i zło, a także oceniać postępowanie własne i innych ludzi. Jest to zdolność pozwalająca człowiekowi ujmować swoje czyny pod kątem moralnym i odpowiednio je oceniać. Czynnikiem decydującym w przestrzeganiu tych norm jest poczucie winy, które występuje w momencie uświadomienia sobie rozbieżności między własnym postępowaniem a przyjętymi normami. Sumienie kieruje się moralnymi kryteriami oceny, zależnymi od otoczenia społecznego i wychowania człowieka."(koniec cytatu).

      Już z tej definicji wynika jednoznacznie, ze sumienie to nie jest gorset jednolity, który każdy człowiek przywdziewa na siebie otrzymawszy go od autorytetu w tej sprawie uznanego. Raczej jest to szata, która każdy mozolnie kroi w życiu dla siebie posługując się indywidualnie zróżnicowanymi normami moralnymi, w toku wychowania i samodzielnego rozwoju, uzależnionymi też od otoczenia społecznego. Jednym słowem sumienie tu i teraz, to nie jest to samo sumienie co kiedyś i gdzieś, a także moje nie jest identyczne z Twoim. Rzecz wysoce indywidualna i zmienna w czasie i przestrzeni. Zrozumienie tej różnorodności poprowadziło ludzi do przyjęcia platformy, na której trzeba sie porozumieć i do jej postanowień stosować. Jest nią PRAWO. Tego konsensusu krk nie uznaje usiłując w dziedzinie etyki narzucić swoją wykładnię prawa instrumentalizując je przy pomocy "prawa boskiego" i "prawa naturalnego". To musi prowadzić do niekończącej się i nierozstrzygalnej wojny ideologicznej, w której niejedno sumienie polegnie.

      Tzw. klauzula sumienia została przywołana do dyskusji w Polsce ostatnio przy okazji "listu-wyznania" lekarzy, potem sprawy prof.Chazana - na tym etapie wmieszał się już oficjalnie z poparciem dla prof.Chazana Episkopat polskiego KRK - rozwinęła się ożywiona dyskusja, w której padają ze strony kościelnej także argumenty typu "cywilizacja śmierci", zabójstwo człowieka (nienarodzonego), analogie do ideologii hitlerowskiej, z jej obozami śmierci, holocaustem itp. Jednym słowem każdy argument na poparcie (czego właściwie?) jest dobry bez względu na to, jak jest nieuprawniony, nieprawdziwy i niemoralny. Kościół katolicki ze swoją wzmagającą się coraz bardziej obsesją seksualności i wszystkiego co z seksem i prokreacją (czyli odwiecznie grzesznym ciałem) jest związane, nie zaniedbuje więc niczego, co pozwoliło by mu tą sferę ideologicznie zdominować.

      Jakie więc są przesłanki takiego stanowiska? Po pierwsze co do definicji i rozumienia co to jest sumienie są one słabo umocowane. Kościół się do nich nie odwołuje bo "przecież wszyscy wiedzą", ale to oznacza nie mniej ni więcej, że sumienie to jest to, co proboszcz ogłosił z ambony, że nim jest, a wystąpienie przeciw niemu to to, co kościół uznał za sprzeczne z jego nauczaniem w tej sprawie.To jest argument żaden. Odwoływanie się zaś do porównań do praktyk "cywilizacji śmierci", że już nie wspomnę o obozach i zbrodniach hitlerowskich jest chwytem paskudnym i skrajnie nieuczciwym w dyskusji (zamknąć adwersarzowi gębę) i stanowi jawne nadużycie mentalne i intelektualne. Można w tym miejscu zapytać na jakiej to podstawie z własnej tradycji czerpiąc, kościół tak skrajnych argumentów używa. Czy czerpie z tradycji wojen krzyżowych, spaleń na stosie, eksterminacji pogan i innowierców, eksterminacji Indian obu Ameryk dla ich nawracania itd itd - czyli czy czerpie z własnej praktyki szerzenia cywilizacji śmierci? Kościół nie ma tu czystej karty (co sam zresztą przyznał przepraszając - eufemizm, który nic nie kosztuje - milenijnie) a więc i tytułu do moralizowania. Można by (retorycznie) zapytać jaką to definicją sumienia kierował sie krk błogosławiąc armie idące na rzeż I-ej wojny światowej i II-giej też, zawierając konkordat z hitlerowska Rzeszą, milcząc wobec śmierci w obozach koncentracyjnych i wobec Holocaustu (ale pomagając zbrodniarzom po wojnie uciekać do Ameryki Południowej), Gułagów, prześladowań i śmiertelnych zsyłek w Związku Radzieckim, ludobójstwa w Afryce itd,itd. Tytuł do perorowania o sumieniu ma krk w tym świetle bardzo słaby. Czy zaś z naukowego punktu widzenia Kościół jest przodujący w procesie rozpoznania biologicznego rozwoju istoty żywej "od poczęcia" (co to znaczy dokładnie, prócz hasła?) i pozostawia na tym polu w tyle współczesną naukę, medycynę, naukę i biologię płodu itd?. Nie, nie jest, nie może być, to nie jego zadanie. A więc cała dyskusja ma charakter wyłącznie ideologiczny zmierzający do tego w końcu, aby posługując się tak delikatnym instrumentem, jak sumienie ludzkie, zmajoryzować prawo państwowe i narzucić mu swój kościelny punkt widzenia i wykładnię w praktyce. A ponieważ Kościół (katolicki) zdobył w tym kraju pozycję niesłychanie i nieproporcjonalnie mocną, szanse na to, ze narzuci tu swoją wykładnię i ideologię nie są małe. Niejedno sumienie zostanie przy tym podeptane zaś większość sumień pójdzie do klauzury, Czy dopiero wtedy obsesje seksualne Instytucji będą jako tako rozładowane i zaspokojone? Bo nie tylko o rząd dusz i sumień chodzi ale o rząd nad ciałem (grzesznym przecież) przy okazji równie mocno. A jak się to wszystko ma do sumienia kościoła? Czy coś takiego istnieje i jak sie definiuje?



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 lipca 2014 18:55
  • niedziela, 06 lipca 2014
    • 19. Nie uchodzi...

      Jest u Fredry w "Damach i huzarach" postać księdza, który w chwilach gdy w gospodarza-przyjaciela z lat wspólnej służby wojskowej wstępuje czart (werbalny) wykrzykuje ze zgrozą "nie uchodzi, nie uchodzi..." - i to skutkuje. Nb. kto nie oglądał przedstawienia telewizyjnego z młodziutkim Kobuszewskim (ówże ksiądz), Walczewskim, Turkiem, Ryszardą Hanin, młodą Joanną Szczepkowską i całą plejadą znakomitych aktorów, niektórych już ś.p., ten niech spróbuje przy okazji najbliższego wznowienia w tv - Fredro bowiem wiecznie młody a może i nie mniejszy od wieszczów naszych!

      Urodziłem się i dzieciństwo spędziłem w małym miasteczku w cieszyńskiem i zarówno z domu jak i z tego małomiasteczkowego otoczenia wyniosłem wtedy dość jednoznaczną umiejętność rozróżniania tego co "uchodzi" od tego co "nie uchodzi" . Mam na to słuch (o słuchu tu jeszcze będzie) dość wyczulony i dość jednoznacznie wyznaczoną granicę między jednym a drugim. Tego się tam i wtedy uczyliśmy na żywych przykładach, bo byli tacy co tą granice przekraczali, wszyscy o tym wiedzieli i niejako (w duchu) wskazywali ich palcem. Rodzice dawali polecenia, aby nie postępować tak, jak "X" bo...itd. Jednym słowem bo "nie uchodzi", bo tego ludzie przyzwoici po prostu nie praktykują. I dlatego są przyzwoici. Kto zaś nieprzyzwoitość praktykuje sam siebie ekspediuje na margines. Gdy dziś próbuję ustalić, gdzie są owe granice stwierdzam ze zgrozą, że uległy one od tamtych czasów tak znacznemu przesunięciu, że nie wiadomo, czy w ogóle jeszcze gdzieś są. I dziękuje w myślach Rodzicom i owemu małomiasteczkowemu otoczeniu, że pomogli mi je wyznaczyć i ustalić na życie całe. Busola funkcjonuje , choć może wskazuje nieco inny kierunek niż w dzieciństwie i młodości.

      Jednym z kanonów tego co uchodzi a co nie,  było, ŻE SIĘ NIE PODSŁUCHUJE. A jeżeli już ktoś popełnił ten grzech, to w żadnym wypadku nie podaje się dalej tego, co sie podsłuchało - bo to już jest samo dno. Bywa przecież, ze dzieci, nawet niechcący, podsłuchają rozmowę rodziców nie dla nich przeznaczoną - ale nie mogą przecież tego wynosić poza dom. Nie można tez podsłuchiwać pod drzwiami sąsiadów i w ogóle pod jakimikolwiek drzwiami, pod cudzym oknem, podsłuchiwać tego co się mówi przy innym (np. restauracyjnym) stoliku itd.itp. Normy były więc jasne, granice przyzwoitości wyznaczone, każdy wiedział i wie do dzisiaj co się lokuje po tej a co po tamtej stronie granicy ludzkiej przyzwoitości.

      Gdzie jesteśmy dzisiaj? Mamy własnie aferę podsłuchową (nie pierwszą, nie ostatnią) bo skoro podsłuchiwanie (wszyscy wszystkich) stało się ususem powszechnym a efekt podsłuchiwania stał sie pożądanym na rynku (jeszcze jeden aspekt rynku - tego synonimu rzekomej wolności!) towarem, to ma on swoja cenę i swój oczywisty cel. Cena wyrażona jest w pieniądzu a celem jest INFAMIA i DYSKREDYTACJA, jako narzędzia do osiągania innego celu: na ogół politycznego. Grzech zostaje rozgrzeszony a priori.

      Znaleźliśmy się więc w miejscu, w którym w "moich" (w/w) czasach egzystował tylko powszechnie pogardzany margines i dół owej społeczności małomiasteczkowej a dziś przebywają bohaterowie(?) z pierwszych stron gazet i newsów medialnych, którzy obalają rządy, a przynajmniej mogą lub chcą. Qui bono? I czy naprawdę są to bohaterowie, rycerze jasnej strony mocy?

      Ale jest jeszcze drugi aspekt. Przyjrzyjmy sie podsłuchiwanym. Zachowują się z reguły i rozmawiają jak bandziory spod budki z piwem (tu przepraszam większość klientów budek z piwem) i mówią oraz robią wszystko co wg moich standardów "nie uchodzi" ale przecież dziś uchodzi jak najbardziej. Nagle cała piramida społeczna obnaża sie jako odwrócona: ludzie przyzwoici są na samym dole, menele na górze.

      Przestaję rozumieć ten świat i tęsknię do czasów, gdy było wiadomo, co uchodzi a co nie. Być więc może, że przebywanie w takim świecie, takim jak ja, także już nie uchodzi

      (także: hotellambert.blox.pl)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 lipca 2014 09:57
  • czwartek, 17 kwietnia 2014
    • 18. Antyklerykał polski jako taki....

      Dedykuję wszystkim, którzy utożsamiają antyklerykalizm z ateizmem.

      Pojęciem antyklerykalizmu posługujemy się aż nadto chętnie (ale często bez namysłu i bezkrytycznie) w dyskursie publicznym, przypisując antyklerykałom cechy i zamiary prawie że szatańskie. Są oni w pewnych kręgach (właśnie KLERYKALNYCH) wrogami naczelnymi, obdartymi niemalże ze wszelkich cech ludzkich. Są oni (antyklerykałowie) w tej narracji nieprzejednanymi wrogami kościoła, więcej są wrogami wiary jako takiej (no a przede wszystkim tak drogiej nam Polakom wiary rzymsko-katolickiej). Wcześniej czy później w tym dyskursie zza antyklerykała zawsze wychynąć musi ateista, bo to on jest przecież w tym potocznym rozumieniu praźródłem tego pleniącego się w postaci antyklerykalizmu ZŁA. Antyklerykalizm jest więc znakiem rozpoznawczym (albo jednym z wielu znaków) ateizmu i maską, jaką ponoć ten ostatni przywdziewa; jedną z wielu jego twarzy. Otóż wszystko razem to jedno wielkie pomieszanie pojęć i nieprawda. Ale to pomieszanie pojęć jest przydatne właśnie do mieszania ludziom w głowach. W ten bowiem sposób utrwala się w świadomości nieświadomych nierozłączna para "antyklerykał = ateista". Cóż z tego że to nieprawda! Nieprawda uporczywie powtarzana staje się przecież prawdą - to podstawowy kanon wszelkiej propagandy. To, że można być głęboko i prawdziwie wierzącym a jednocześnie antyklerykałem się potem w przeciętnej umysłowości nie mieści. I nie powinno!  W przeciwnym bowiem przypadku nastąpiło by uwypuklenie zasadniczej różnicy jaka istnieje pomiędzy wierzeniem a Instytucją, która te wierzenia szerzy, a to było by w konsekwencji dla tej Instytucji niebezpieczne. W ludzkiej świadomości ma być bowiem osadzone trwałe i niezachwiane przekonanie o TOŻSAMOŚCI wiary i Instytucji, wbrew błędności tej tezy. W przeciwnym wypadku okazało by się bowiem szybko, że można zakwestionować funkcjonowanie, sposób działania Instytucji jak każdej struktury świeckiej (jaką przecież jest) czy korporacji bez naruszania fundamentów wiary, którą głosi. Dlatego ta ex definitione Instytucja musi głosić tożsamość i nierozerwalność wiary z nią samą. To, że od wielu stuleci w sposób oczywisty to twierdzenie mija się z prawdą nie ma tu większego znaczenia. Fakt nieustannego powstawania w skali globalnej i w toku dziejów nowych religii, wielość wierzeń i wielość Instytucji z nimi związanych przeczy przecież tej tożsamości, ale jest to o tyle bez znaczenia, że głoszenie tożsamości odbywa się DO WEWNĄTRZ, wobec swoich a więc w pewnym zamkniętym (choć już nie hermetycznie w sensie informacyjnym) kręgu. Czymże wobec tego jest antyklerykalizm? Sięgnijmy do jednego ze źródeł (Wiki):

      >Antyklerykalizm (od „anty” i gr. klerikos, „mający władzę religijną”) – ideologia społeczno-polityczna przeciwstawna, wroga wobec klerykalizmu, krytyczna wobec przywilejów lub władzy kleru (stąd nazwa) w przestrzeni publicznej poza miejscami kultu. Antyklerykalizm często mylnie utożsamiany jest z ateizmem.Podstawą antyklerykalizmu jest sprzeciw wobec niektórych przejawów działalności duchowieństwa, a szerzej – instytucji wyznaniowych religijnych (w odróżnieniu od wierzeń i idei świeckich). Niezgoda na wpływ tych instytucji na pozareligijne życie społeczeństwa, napominanie lub ingerencję w sprawach dotyczących prawa.<

      Trudno tej definicji coś zarzucić (za wyjątkiem może tego, iż ja raczej uważam antyklerykalizm bardziej za postawę światopoglądową a mniej za "ideologię społeczno-polityczną"); podkreśla ona, ze przedmiotem antyklerykalnej krytyki jest świecka strona Instytucji religijnej a nie religia sama a wiec antyklerykalizm z ateizmem nie ma nic wspólnego. To się da dobrze prześledzić na przykładzie Polski. Pomocne będzie tu też przypomnienie definicji klerykalizmu (wg tego samego źródła):

      >Klerykalizm – dążenie do uzyskania instytucjonalnego wpływu duchowieństwa na życie społeczne, polityczne i kulturalne; pojęcie używane głównie przez zwolenników świeckiego charakteru państwa (administracji, wojska i szkolnictwa<

      Posługując się kryteriami zawartymi w obu w obu definicjach dość łatwo ustalić czym się żywi antyklerykalizm w Polsce. Żywi się NADOBECNOŚCIĄ  krk we wszystkich instytucjach państwa i przejawach działalności państwowej. Jak się ta nadobecność przedstawia w państwie, w którym rzekomo istnieje rozdział Kościoła (rk) od Państwa i fakt ten potwierdzony jest zarówno w konstytucji RP jaki w konkordacie jaki Polska z Watykanem zawarła? Podam tu wybrane przejawy klerykalizacji życia publicznego, przykłady na nie każdy znajdzie z łatwością, jeśli nie u siebie to w najbliższym, znanym mu otoczeniu i w życiu. Akurat kościół rk dostarcza tu najwięcej przykładów i to z dwu powodów: po pierwsze dlatego, że jest liczebnie najpotężniejszy (pomijam aspekty historyczne i tradycję) a po drugie: jak żaden inny wykazuje ten agresywny styl zawłaszczania przestrzeni publicznej i prywatnej, który inne konfesje nie demonstrują (mniejsza o powody). Ale po kolei. Katolik, zanim jeszcze na tyle dorośnie, żeby uzmysłowić sobie, że żyje, już dawno - od urodzenia - jest katolikiem z niewłasnego wyboru. Tego wyboru dokonali za niego Rodzice chrzcząc go. Akt jest jednostronny, dokonany wobec istoty bezwolnej i nieświadomej ale o doniosłych konsekwencjach. Po stronie adepta jest to postawienie go w sytuacji właściwie bez wyjścia (spróbujcie wyjść!) gdyby chciał świadomie zniwelować ów jednostronny akt przypisania go do krk. Po stronie krk jest to "nabycie" wyznawcy skutkujące zależnością praktycznie przez całe życie. Jakie podstawowe prawa jednostki zostają tu pogwałcone nie będę roztrząsał. Potem adept udaje sie do przedszkola, gdzie także spotyka sie z czynna obecnością Instytucji, a jeśli nie, to najpóźniej w wieku szkolnym spotka sie z nią na pewno. W państwowych szkołach bowiem następuje katechizowanie młodzieży na koszt tegoż państwa, które od krk jest oddzielone ("rozdział przyjazny" słynne hasło-klajster mające zamazać oczywista nierówność państwa wobec krk). W zakresie katechezy (programy, kontrola) krk zachowuje całkowita autonomie i suwerenność. Było by to do akceptowania gdyby przywrócono status quo ante to jest przeniesiono katechezę do kościoła i jego przestrzeni - w obecnym stanie jest to kpina z autonomii państwowej instytucji oświatowej. Mamy już i stopnie z religii na świadectwach (dokument państwowy) za chwile będziemy mieli egzamin na maturze, średnią ocen łącznie z religią też już mamy. Ani jeden z warunków, do których zobowiązał się kościół w chwili niekonstytucyjnego wprowadzania nauki religii do szkół do jakich zobowiązywał się wtedy krk (m.i. opłacanie katechetów) dotrzymany nie został. Ale to nie dziwi - jest bowiem w naturze tej Instytucji stawianie i egzekwowanie coraz to nowych żądań i przywilejów od państwa, w którym istnieje egzystując w "przyjaznym" rozdziale. Krk rozwinął także pomyślnie własny system szkół podstawowych, średnich i wyższych znacznie ilościowo rozbudowany. I nie było by w tym nic nadmiernie gorszącego, gdyby były one finansowane ze środków własnych Instytucji krk a nie były w poważnej mierze beneficjentem dotacji państwa. Także więc w tej dziedzinie krk jest tą jemiołą, która czerpie z organizmu państwowego. Zanim nasz adept ukończy szkoły będzie jeszcze wielokrotnie i bez przerwy świadkiem demonstracyjnej nadobecności Instytucji w kraju. Procesje, pielgrzymki, marsze "w obronie", propaganda potężnego i wpływowego Radia Maryja, nowe budowle obiekty począwszy od kilkuset pomników JPII, poprzez Chrystusa Świebodzińskiego, Licheń, Świątynię Opatrzności aż po hodowle danieli dla uciechy arcybiskupa - na to wszystko patrzy i jest już przyzwyczajony. To już nie budzi żadnej refleksji - i o to przecież chodzi. Jest przyzwyczajony, ze Instytucja jest wszędzie, na każdej uroczystości państwowej jest kapłan jeśli nie biskup, w każdym urzędzie ma Instytucja swoje symbole aż po Sejm Rzeczypospolitej, każda nowo oddawana do użytku budowa od najmniejszej musi być "pokropiona" itd.itd. Przestrzeń publiczna jest nasycona symbolami jednej religii i rytuałami tej religii w nadmiarze zarówno w stosunku do rzeczywistej potrzeby jak i w stosunku do innych konfesji - dominuje jedna. Instytucja umiała także w przemyślny sposób, korzystając ze zbrodniczej bezmyślności państwa, wykorzystać fakt ucisku materialnego w czasach przed 1989 r. i rewindykować w niesłychany sposób dobra materialne wtedy utracone z nawiązka, której wielkość musi budzić wątpliwości co do zasadności i podstaw prawnych. Słynna już działalność Komisji Majątkowej stanowić może dowód na pazerność materialną Instytucji krk i całkowitą bezradność Państwa. Jest paradoksem historii, ze ucisk i konfiskaty majątkowe stosowane przez władze komunistyczne przyniosły w efekcie,jako "akt sprawiedliwości" niesłychane wzbogacenie się Instytucji na drodze częstokroć z poczuciem prawa i rzetelności mało mającej wspólnego. Instytucja nie waha się brać czynny udział w życiu publicznym i politycznym narzucając państwu swój punkt widzenia na wiele rozwiązań prawnych albo blokując rozwiązania z tym punktem widzenia jej zdaniem niezgodne. Do posiadania własnego poglądu w wielu istotnych dla życia społecznego sprawach Kościół ma oczywiście pełne prawo, jednak do szantażowania posłów Sejmu Ustawodawczego celem przeprowadzenia tego punktu widzenia już stanowczo nie. A jednak Instytucja tak działa (przypadek in vitro). Instytucja nie skrywa też swoich preferencji i sympatii wobec określonych partii politycznych, a nawet swoje sympatie lokuje według własnego uznania włączając sie jawnie w procesy polityczne (Radio Maryja). Preferencje te i zalecenia dla wiernych w okresie przedwyborczym głoszone są też jawnie z ambon. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której Instytucja wydrążyła niejako organizm państwa od środka i posługuje się jego agendami dla osiągnięcia swoich a nie państwowych celów.

      Realizacji takiej "polityki" jeśli chodzi o utrwalanie dominującej wobec państwa pozycji Instytucji krk służy wielce rozbudowany (liczebnie) i odpowiednio "uformowany" aparat funkcjonariuszy Instytucji - to jest kler wszelkich szczebli. To jest temat wart osobnego i obszernego omówienia, na które tu nie ma miejsca. Ograniczę sie do dwóch podstawowych tez. Po pierwsze fundamentem, na którym opiera się trwanie Instytucji krk i bez którego jest ona nie do pomyślenia jest zasada absolutnego posłuszeństwa obowiązującego każdego podwładnego kapłana wobec jego przełożonego. Ta piramida osiąga szczyt w Watykanie (u biskupa rzymskiego), lecz niezwykle ważna, jeśli nie rozstrzygająca, jest rola biskupa lokalnego (diecezjalnego). Na tym rusztowaniu spoczywa Instytucja. Drugim filarem jej (Instytucji) sprawności w działaniu, oprócz tysiącletnich doświadczeń, jest owo "formowanie" kapłanów w  seminariach duchownych. Daje im ono w efekcie oprócz niezbędnej wiedzy także owo specyficzne poczucie wyjątkowości wynikające z misji, z którą zostają miedzy ludzi "posłani" aby szerzyć i umacniać Dobrą Nowinę - a w rzeczywistości Instytucję. Jest mała szansa (ale jest), że tak wykształceni funkcjonariusze-kapłani "wybiją się na niepodległość" w myśleniu i działaniu, bo musieli by zaprzeczyć i własnej formacji i ślubom posłuszeństwa. Wypadki takie oczywiście występują, ale są pojedyncze - większość (znakomita) oportunistycznie wypełnia swoja "misję" - co nie wyklucza, ze są wśród nich ludzie uczciwi i mądrzy, dobrzy i szanowani, tyle że w pewnym sensie ubezwłasnowolnieni. Tam, gdzie występuje autentyczny konflikt z władzą kościelną (np. casus Lemański) wynikający z niezależności myślenia i postrzeganiu i jawnego wytykania błędów Instytucji, mamy do czynienia z przypadkiem nierozwiązywalnym wewnątrz Instytucji - ponieważ nie uznaje ona procedur kompromisu i podziału racji. Nie bez znaczenia jest utrwalane od wieków i skutecznie utrwalone w umysłach przeciętnych wiernych przekonanie o tożsamości Kościoła (Instytucji i jej hierarchii) z Chrystusem. Stąd bowiem wprost wniosek, że kto atakuje Kościół (a wiec i hierarchów) ten atakuje Chrystusa - ergo jest antychrystem. W ten sposób Kościół (Instytucja i jej hierarchia) nałożyła sobie potężny i skuteczny pancerz ochronny, wyjmując ją spod wszelkiej krytyki.

      Wyliczyłem wyżej kilka właściwości atmosfery, w jakiej zanurzony żyje w Polsce potencjalny antyklerykał. Nie ma w tym wyliczeniu ani jednego cytatu z biblii, ani jednej frazy z podstaw wiary (Credo, dekalog itp) ani słowa z treści katechizmu. Nie ma teologii. Wyliczeniu podlegają tu tylko te dewiacje wewnątrz Instytucji, które każdy, kto kieruje sie jakim takim rozsądnym rozpoznaniem rzeczywistości, musi dojrzeć i uznać za patologiczne, niezdrowe, zaprzeczające w gruncie rzeczy temu, co leży u podstaw wiary. Antyklerykał widzi więc, że Instytucja dąży tu i teraz do osiągania całego szeregu czysto świeckich celów (i je osiąga), które z przesłaniem, które głosi Instytucja niewiele mają wspólnego. Stwierdza więc zakłamanie oraz manipulację wiernymi, kierującymi się w dobrej wierze wiernością wobec Instytucji utożsamiając ją z wiernością wobec samej wiary. Ten fakt znajduje także swoje odbicie w poglądach wiernych na antyklerykała. Uznają oni, że skoro antyklerykał krytykuje Instytucję a także jej kapłanów najwidoczniej nie wierzy w to, w co oni wierzą i co Instytucja podaje im do wierzenia. Jest wiec najwidoczniej ateistą. Tak więc antyklerykał identyfikowany jest z ateistą. Uproszczenie i nieporozumienie. Takie samo, jak uproszczeniem i nieporozumieniem było by twierdzenie, że wszyscy księża ("sukienkowi", "czarni") sa potencjalnymi chciwcami, dążącymi jedynie do zdobyczy materialnych i bogacenia się, sprzeniewierzającymi się posłannictwu Chrystusowemu itd. Nie zmienia to jednak faktu, ze także ci poczciwi i uczciwi kapłani, niosący pociechę a nieraz i konkretną (a nie tylko słowną, która też ma swoja wartość) pomoc swoim parafianom i uczciwie pełniący swoja służbę (co jest istotą kapłaństwa, jak ja to rozumiem) są jednocześnie funkcjonariuszami tej Instytucji, której obraz nakreślono we fragmentach wyżej. Wielu z nich z tej sprzeczności zdaje sobie sprawę; ci którzy wstępują na drogę jawnego sprzeciwu w dobrej wierze - pozostaną wewnątrz Instytucji bez szans a na zewnątrz niej bez znaczenia. Ich widzenie Instytucji jest, o dziwo, zbieżne z widzeniem antyklerykalnym, pozostają jednak dalej wiernymi synami swojej konfesji.

      Instytucja krk spełnia w Polsce wszelkie przytoczone w definicji antyklerykalizmu kryteria, a więc:

      - zabiega o przywileje i władzę kleru

      - zabiega o miejsce w przestrzeni publicznej poza miejscami kultu

      - wpływa na pozareligijne życie społeczeństwa

      - ingeruje w procesy stanowienia prawa

      - usiłuje uzyskać lub uzyskała zinstytucjonalizowane wpływy na życie społeczne, polityczne i kulturalne świeckiego państwa (szkoła, wojsko, administracja)

      To dość aby być w Polsce antyklerykałem nie będąc wrogiem żadnej z religii.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 kwietnia 2014 20:33
  • wtorek, 01 kwietnia 2014
    • 17. Porozmawiajmy jak...(kto z kim)?

      Toczy się dzisiaj (01.04.2014) i gdzie indziej (Pisanki) dyskusja przedstawicieli trzech konfesji trochę o tym, jak widzą propagandę swoich przekonań; ale nie tylko o tym bo wątków jest tam więcej. Mam swoje powody aby "wejść" do tej dyskusji tu a nie tam. To, że rozmowa o tych sprawach toczy się tam (póki co) spokojnie jest wartością samą w sobie, szczerość wypowiedzi wartość tą podnosi. Mnie jednak interesują raczej odpowiedzi, jakie ja znajduję, na podniesione tam pytania. Jednym z nich jest: dlaczego ludzie, pomimo że "w głębi duszy" nie wierzą (lub nie czują sie związani z instytucją kościoła, do jakiego formalnie przynależą) to jednak chodzą do niego na nabożeństwa. Jednym słowem skąd sie biorą "niewierzący ale praktykujący". Najprostsza odpowiedź: kościół sam ich sobie fabrykuje. Ale wymaga pogłębienia. Nie analizuję tu wyłącznie treści wiary ale głównie mechanizmy jej głoszenia.

      Nakładają się tu dwa czynniki (będę mówił o kościele rzymsko-katolickim), wielokrotnie omawiane, ale widać nie dość powtarzania. Zaczyna się od pierwszego sakramentu. Stworzenie ludzkie, ledwo co narodzone, nieświadome niczego, nie mające żadnej zdolności do dokonania wyboru, nie pytane o zdanie (którego mieć nie może) zostaje aktem chrztu przypisane (nie przesadzę, jeśli powiem "na amen") do konfesji, o której nie ma pojęcia. Teologicznie wielokrotnie opisywana i podnoszona wolna wola człowieka (jako dar boży) zostaje tu bezpardonowo podeptana, odrzucona, unicestwiona. Dzieje się to wobec istoty, która żadnej wolnej woli mieć oczywiście jeszcze nie może, nie jest podmiotem ale przedmiotem manipulacji Rodziców (z jakich przyczyn, też tu wspomnimy) i Instytucji. I to w sprawie podstawowej, egzystencjalnej bo tyczącej całego jej przyszłego życia intelektualnego. Być może i szczęścia osobistego. Do tego, aby akt taki uznać za bezwarunkowo konieczny dorobiono całą ideologię (łącznie z zajmującymi sporo miejsca w bibliotekach rozprawami o tym czy duszyczki nieochrzczone idą do czyśćca czy ...?), ale to w niczym istoty rzeczy nie zmienia - osoba ludzka (skądinąd jest taką podobno "od poczęcia do naturalnej śmierci") zostaje pozbawiona u progu biologicznego życia (bo przecież nie u progu świadomego życia) podstawowego atrybutu swojego człowieczeństwa to jest możliwości WOLNEGO WYBORU co do swojej przyszłości.To ma oczywiście dla tej jednostki bardzo ważne życiowe konsekwencje praktyczne, ale dla Instytucji także: ma ona bowiem bez wysiłku ze swej strony nowego wiernego członka. Który jeszcze o tym nie wie, ale się dowie. Ten aspekt, to zdarzenie uważam za fundamentalne dla odpowiedzi na postawione na wstępie pytanie. Akt chrztu jest oczywiście wpisany w sekwencje nigdy nie kończącego się następstwa powiązanych ze sobą i wynikających jedno z drugiego zdarzeń, ale ja go stawiam na początku.

      Tak więc człowiek, owa rzekomo wolna istota, zanim jeszcze uświadomi sobie, że jest istotą myślącą i czującą, jest już PRZYPISANY do określonego systemu teologiczno-ideologicznego (i całego zestawu rytuałów) konkretnej Instytucji. Funkcjonuje więc wewnątrz niej, nie poczyniwszy w tym kierunku żadnego wysiłku. Teraz dochodzi do głosu druga nasza ludzka cecha: OPORTUNIZM. Można go traktować jako pochodną tej ludzkiej słabości, która jest nam  wrodzona (bo jesteśmy projektem niedoskonałym, który stwórcy-wzorcowi, przyznajmy to, niezbyt sie udał) i w ekstremalnym przypadku polega na zbyt łatwym uleganiu drzemiącemu w nas Złu. Ten oportunizm powoduje, że presja środowiska ("co ludzie powiedzą") ma taką moc, że skłania rodziców do ulegania tradycji, nawet jak jej nie uznają (własnie chrzest, potem komunia, katecheza, itd aż po grób naśladują większość). Tradycja jest siłą tak potężną, że potężniejszej próżno szukać. Sama Instytucja jest przecież upostaciowaniem tradycji: tworzy ją, głosi i strzeże. Tak więc duszyczka, przypisana do określonej konfesji ma zupełnie nikłe szanse, aby się na nowo samookreślić. A jeżeli wysiłek ten zostaje podjęty, droga jest ciernista. Przy czym wcale mi tu nie chodzi o to, aby duszyczka się zbuntowała i odeszła - ale o to aby do głębi zrozumiała i zaakceptowała to, w co kazano jej wierzyć. Aby stała sie świadomym podmiotem i przestała być nieświadomym, łatwym do powodowania przedmiotem.

      A teraz słów kilka o tym, co jest rdzeniem tej Nowiny, którą głosi Instytucja. A po prawdzie prawie wszystkie religie. Otóż głoszą one konieczność takiego sposobu postępowania Tu i Teraz aby w PRZYSZŁYM ŻYCIU (czyli Tam i Potem) zostać nagrodzonym w sposób niesłychanie atrakcyjny dla każdej żyjącej i myślącej istoty. Uważam, że jest to oferta delikatnie mówiąc nieekwiwalentna (mocniejsze słowo było by też na miejscu). Otóż układ, jaki głosiciele religii (chrześcijaństwo nie jest tu wyjątkowe) zawierają ze swoimi wyznawcami brzmi mniej więcej w ten sposób: jeżeli będziesz postępował w życiu zgodnie z naszymi wskazaniami/przykazaniami obiecujemy ci nieśmiertelność w życiu przyszłym. Bowiem ZMARTWYCHWSTANIESZ! Otóż tylko pierwsza część tego układu jest sprawdzalna a więc uczciwa, druga nie. Z tego punktu widzenia taka umowa jest nieuczciwa bowiem oferuje za konkretny życiowy wysiłek złudną zapłatę niemożliwą do zweryfikowania. O wiele bardziej przekonywała by mnie oferta w rodzaju: postępuj tak a tak (według naszych przepisów) - w zamian oferujemy ci życie spełnione, dużo w nim zadowolenia, szacunek innych, pogodę ducha; bowiem po śmierci nic ci obiecać nie możemy i nie chcemy, jako że nic o tym nie wiemy. Oferta uczciwa? Chyba tak...

      Można oczywiście zapytać: jeśli jest tak jak napisano wyżej, że oferta i umowa (dobrowolna, czy nie) jest nieuczciwa to dlaczego takie mnóstwo ludzi ją zawiera i przy niej następnie trwa? Odpowiedź, pomijając oportunizm, jest dość oczywista: ludzie są jedynymi istotami, które są świadome tego, że ich życie zawsze i nieuchronnie kończy sie katastrofą! I nigdy się z tym nie pogodzili i nie pogodzą. Muszą więc chwytać się takich konstrukcji filozoficznych, które sami tworzą, które stwarzają im złudzenie, że katastrofy absolutnego i nieodwoływalnego końca nie będzie. To też jest jakiś wybór i każdy ma do niego prawo. Pozostaje pytanie co do sposobu wyboru: czy jest świadomy, czy narzucony nieświadomemu. That is the question!

      Inne aspekty popularności religii oferujących szczęśliwość po śmierci rozpatruje też Arnold J.Toynbyee ("Die hoeheren Religionen") opisując ich atrakcyjność w świetle istniejącej (w chwili powstawania chrześcijaństwa) sytuacji historycznej i socjologicznej. Jego argumentacja się nie zestarzała.

      A teraz o formie prozelityzmu. Ja także spotykam się z próbami dyskusji/agitacji door to door, grzecznie odmawiam, grzecznie odchodzą. W porównaniu do triumfalistycznych demonstracji krk (w Polsce szczególnie) jest to zaprawdę pisk myszy i do tego dyskretny. Parę zaś osób na Placu Zamkowym w Warszawie (czy to daleko od Krakowskiego Przedmieścia, gdzie trwa co miesiąc istny festiwal demonstracji religijno-"patriotycznych"?) raczej rewolucji antykatolickiej nie wznieci i ustalonego w Polsce "porządku" nie zburzy. Komu przeszkadza? Tym bardziej, że mamy w sprawie prozelityzmu instytucjonalnie wyłożoną swoistą filozofie Kalego. Cytuję za wydaną 14 grudnia 2007 przez Kongregację Nauki Wiary "Notą doktrynalną na temat niektórych aspektów ewangelizacji" gdzie mówi się, że > prozelityzm rozumiany jako niezdrowy przymus do zmiany wyznania nie powinien mieć miejsca w chrześcijańskiej ewangelizacji. Jednak nie można mówić o prozelityzmie (w negatywnym tego słowa znaczeniu), gdy "chrześcijanin niekatolik, z przyczyn sumienia i przekonany o prawdzie katolickiej, prosi o wejście w pełną jedność z Kościołem katolickim".< (za Wiki) Czyli jak katolika ciągną do innego wyznania to niedobrze, jak innego wyznawcę do katolicyzmu to dobrze? Cyryl jak Cyryl, ale te Metody...



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 kwietnia 2014 17:54
  • piątek, 21 marca 2014
    • 16. Pies. Psie życie...(Z moich wykopalisk)

      W tej zawierusze, jaką nam fundują nasze media, z tym obrzydzeniem, z jakim się je ogląda i słucha, w tym niepokoju jaki to wszystko w nas budzi, rodzi się we mnie tęsknota do powrotu do czegoś stabilniejszego, na czym się można oprzeć, rzadko zawodzi (prawdę mówiąc nigdy nie zawiodło). Wracam więc w myślach do mojego (naszego) psa, z którym pożegnaliśmy się przed wieloma laty. W swoich zapiskach pod datą 15.07.1986 znajduję taki tekst, który dedykuję właścicielom psów i nie tylko im a także sobie:

      >> PIES. Stworzenie obserwowane przez 11 lat a mimo to wciąż zagadka. Zagadka nie w sensie nieobliczalności reakcji, bo te są na ogół obliczalne, ale niemożliwości odgadnięcia prawdziwych źródeł tych reakcji. Zadziwiająca struktura, więcej niż instynkt i odruch ale czy inteligencja? Jeśli tak, to oczywiście swoista, zaskakująca i bardzo "trafna". Być może ta trafność wynika właśnie z tego, że podbudowana jest instynktem nie przytłumionym nie zdominowanym przez spekulacje i nakaz racjonalny. Jeśli pies stoi długą chwilę przed pustą miską odwrócony do wszystkich tyłem, to co chce "powiedzieć"? Wiemy. Ale dlaczego nie wyrazi tego skomleniem lub innym, bardziej nachalnym zachowaniem? Jeśli składa ci pysk na kolanach i patrzy w twoje oczy, to co chce "powiedzieć"? Tego już na pewno nie wiemy. Może coś demonstruje (swoja miłość i przywiązanie) a może tylko łaknie pieszczoty? Ale dlaczego łaknie pieszczoty? Lub dlaczego demonstruje miłość? To nie są już zachowania odruchowe - można je zaliczyć do zachowań bezinteresownych. Można napisać książkę o swoim psie i mimo to niewiele o nim powiedzieć. Będzie to rejestr zadziwiających zachowań i reakcji, który jednak nie wytłumaczy ich przyczyn. Opowiadała mi przed jakimś czasem ciotka Franka, że w grobie, w którym leży wujek i jego rodzice jest także pies i kanarek. Otóż ten pies po zgonie ojca wujka chodził codziennie na jego grób, nie jadł aż w końcu zdechł. Zdechł z rozpaczy i tęsknoty. Zdechł z miłości do swojego pana. Historie takie słyszymy od czasu do czasu i czytamy. Zawsze chodzi o psy. I nie da się tego wytłumaczyć żadnym innym powodem jak tylko przysłowiowym psim przywiązaniem. Zwierzęcy odruch to przeżyć, obronić się, żreć, egzystować. To było by normalne i z naszego punktu widzenia prawidłowe. Pies ma najwidoczniej zupełnie inny punkt widzenia i odczuwania. Psia inteligencja przewyższa naszą w wielu dziedzinach. Jeśli inteligencja polega między innymi na spekulowaniu i umiejętności wyboru postępowania w zależności od przewidywanego biegu wypadków pies jest niewątpliwie inteligentny. Nie zapomnę jak Kaj, który "wyprowadził" mnie kiedyś w zimową noc na przymusową przechadzkę, podczas której zniknął na czas dłuższy - a ja wielokrotnie wychodziłem do drzwi wejściowych coraz bardziej wściekły na niego - znalazł się w końcu po kilku godzinach w stanie wskazującym na poważny uraz tylnej łapy. Nie mógł po prostu wstać. Ale nie mógł wstać tak długo, póki się nie zorientował, że jego pan stracił ochotę na sprawienie mu lania i przestraszony obmacywał swojego pieska szukając urazu i przemawiając łagodnie. W tym momencie pies był zdrów i sprawny i jak gdyby nigdy nic pomaszerował żwawo do domu po swojej zagrożonej laniem eskapadzie. A więc inteligencja, spryt i świetne rozegranie wszystkich atutów jakimi się dysponuje. Po tym "numerze" złość mi przeszła istotnie w podziw dla jego mądrości.(....)...Kaj jest przyzwyczajony, że podczas śniadania (mojego) otrzymuje z każdej kromki ostatni kąsek i zawsze na to spokojnie czeka, gdy jem. Ale i ja się przyzwyczaiłem i w czasie wyjazdów przyłapałem się na tym, że z każdej kromki zostawiam w czasie śniadania ostatni kąsek, choć pies jest o kilkaset kilometrów. Gdy go nie stanie ostatnie kąski będziemy zostawiać nadal. Jest więcej niż zwierzęciem domowym, jest najprawdopodobniej cząstką każdego z nas, wrósł w nas przez te 11 lat, przyzwyczailiśmy się wszyscy do określonych rytuałów, zawsze tych samych i o tej samej mniej więcej porze lub o tej samej mniej więcej częstotliwości w ciągu dnia. Zastanawiam się czasem, gdy psa nie będzie, czy mimo to nie będę wychodził na krótki spacer z nieistniejącym czworonogiem. Psia wierność - jedyna wierność, która nigdy nie zna zdrady. Zdrada to wynalazek czysto ludzki. Nie wierzę, żeby pies zamienił swoja miskę na lepsza miskę z żarciem u kogoś innego, mimo łakomstwa które ma wrodzone. Nie wierzę żeby pies zaniechał obrony swojego pana (pani) jeśli w tej obronie jest bez szans. Tu się nie kalkuluje - tu się wykonuje obowiązek. Nie wierzę aby pies mógł wykazywać wiele jeszcze innych cech i zachowań właściwych tylko ludziom. Nie wierzę też aby ludzie potrafili wykazywać się tyloma pozytywnymi psimi cechami. Znaczy to że mimo to iż pies jest przez nas układany i tresowany kieruje się w sytuacjach ekstremalnych pewnymi naczelnymi systemami zachowań, których nie potrafiliśmy w nim zniszczyć.  A może tylko, rekompensując nasze nie najlepsze zachowania międzyludzkie, nie próbujemy przenieść je na psa i nie uczymy ich po prostu? Zostawiamy je tylko dla ludzi? Pies byłby w takim przypadku taką enklawą, w której praktykujemy tylko lepszą część naszego ja. I w ten sposób zrasta się z człowiekiem, jest częścią jego życia ale i charakteru. Często tą lepszą. Zabijając więc swojego psa musisz zabić po trochu i siebie. O podobieństwie psów i ich właścicieli mówi się "przysłowiowe". Ono istnieje i ma swoje uzasadnienie. Po pierwsze decydujesz się na taki rodzaj psa, który ci się podoba. Są rasy,których nie lubisz i psów tych nie chciałbyś mieć nigdy - chyba żeby były wiecznymi szczeniakami bo mało jest brzydkich szczeniąt psich. Niezależnie od tego jakie pokraczne kundle z nich wyrosną - szczenięta sa zawsze piękne. Kochane. A więc wybierasz rasę. Ale co właściwie wybierasz? Pewnie coś, co podświadomie a właściwie nieświadomie jest do ciebie jakoś "przystające". I to jest pierwsza selekcja. Potem uczysz psa różności. Uczysz jednak "na wzór i podobieństwo swoje" bo każde wychowanie na tym polega. I masz drugi etap upodabniania za sobą. To trwa latami. Coś i pies ciebie uczy. Mimo woli się tego uczysz. I nie dziw się potem że spotykasz na spacerze małego pekińczyka a na drugim końcu smyczy wykapany duży pekińczyk, tyle że dwunożny. Nie dziw się, że dozorca w twoim domu jest podobny do swojego psa i nie dziw się też że twój pies nie cierpi tego psa dozorcy (i tylko tego jednego psa) dokładnie tak samo jak ty samego dozorcy (i jego żony). Ty co prawda wiesz za co, ale dlaczego twój pies? I to jest ten szósty zmysł, którym pies najwyraźniej się w określonych sytuacjach powoduje. W przeciwnym wypadku nie potrafiłbyś wielu psich zachowań wytłumaczyć.(...) Dlaczego wie, że wracasz do domu, choć jesteś jeszcze o setki metrów? Dlaczego w mieszkaniu ma kilka miejsc, w których się położy i wiele, w których nie połozy sie nigdy? Dlaczego liże miejsce zranione? Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Własnie dlatego.<<      

      zaś pod datą 30.07.1986 jeszcze taki suplement:

      >> PSIE ŻYCIE. Synonim fatalnej kondycji życiowej, złych warunków, fatalnego traktowania, fatalnego wyżywienia i mieszkania, pełnego uzależnienia od kaprysów pogody ("psi czas") i całkowitej wobec nich bezbronności. A jednak. A jednak dziś tylko w nielicznych przypadkach określenie "psie życie" oddaje w rzeczywistości i naprawdę to, co je powołało do życia w polskiej mowie. Bo spójrz na życie przeciętnego, powtarzam: przeciętnego i reprezentatywnego czworonoga. Rano miska napełniona (żadnych zmartwień skąd sie wzięło i za co, ma być i koniec), potem poranny spacer - nie do pomyślenia żeby sie nie odbył - już właściciele muszą o to zadbać choćby nie wiem co, potem słodkie lenistwo do następnej, południowej miski, przedtem radość z powrotu pana/pani, potem spacer koniecznie, potem słodkie lenistwo na przemian z pieszczotami, potem na pewno jeszcze raz spacer, w międzyczasie trochę różnych psich łakoci. Jesteś chory - zmartwią się, zatroszczą, wyleczą. Jesteś zdrowy - wiesz jak można swoją małą psią tyranię wobec właścicieli i na ogół dopinać swego. A więc kto tu ma psie życie? Przecież właściciele psów i to wcale nie z powodu psów ale zupełnie innych, całkowicie ludzkich i międzyludzkich przyczyn.<<  

      Jest w tych zapisach, gdy na nie dziś patrzeć (oprócz braku mnóstwa znaków interpunkcyjnych - nie zmieniałem celowo) także cała fura antropomorfizacji czworonoga. Ale to był MÓJ/NASZ czworonóg a więc stosunek do niego był/jest "very special".

      Ten, kto napisał: PANIE SPRAW, ABYM BYŁ TAKIM, ZA JAKIEGO MA MNIE MÓJ PIES dobrze znał i kochał psy i dobrze znał ludzi. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      piątek, 21 marca 2014 18:37
  • wtorek, 11 marca 2014
    • 15. Małe i duże "W" (z moich wykopalisk)

      Niemało się obecnie we wszystkich możliwych - i niemożliwych - miejscach rozprawia  o Wolności lub wolności. Katalizatorem tych dyskusji a także impulsem dla nich są oczywiście zdarzenia na Ukrainie. To już ante portas, więc musi nas obchodzić. Panuje oczywiście dość znaczne pomieszanie pojęć, nawet na samym Majdanie panowało, jak mniemam. Ogólnie to chodziło o tą wolność przez duże "W" - jak ją wszyscy próbujemy pojmować - to jest niezależność państwową, bezpieczne granice, uznanie międzynarodowe jako podmiotu prawa. O to na pewno walczył RUCH animujący Majdan i do tego aspiruje pewnie rząd ukształtowany potem. Ale, podejrzewam, każdemu POJEDYNCZEMU uczestnikowi tych zmagań, marzyły sie raczej wolności przez małe "w", których uosobieniem była i jest dla nich Europa w ogóle, a pewnie Polska w szczególe - bo lepiej znana a jej (Polski) przemiana "live" w ostatnich latach obserwowana. I każdy z nich ma na ten temat swoje własne, konkretne wyobrażenia.

      Zamiast jednak wdawać się w dywagacje nad różnicami pomiędzy dużym a małym "w", sięgam do moich zapisków (i to są właśnie te tytułowe "wykopaliska") sprzed lat wielu, gdzie pod datą 21.06.1986 znajduję, co następuje:

      >>"Wolność. Duże Słowo. Bardzo duże Słowo. I tak je też na codzień traktujemy. W tym największym wymiarze. Ogólnopaństwowym, ustrojowym, swobód przez duże "S" i co tam jeszcze. Tymczasem brak wolności, tej przez duże "W" nie jest może na codzień najistotniejszy. To tak jak byśmy chcieli od razu wejść na ostatni szczebel drabiny. Tymczasem tuż przy ziemi brak szczebli jest o wiele bardziej dotkliwy, o wiele bardziej ogranicza moją wolność - a o tym jak gdyby zdajemy się zapominać albo klasyfikujemy do uciążliwości dnia codziennego, do których jak gdyby trzeba się było przyzwyczaić. Jeżeli na codzień nie mam wyboru pomiędzy dobrze zaopatrzonym sklepem z miłą obsługą a drugim takim samym - a tylko pomiędzy źle i fatalnie zaopatrzonym i z obsługa nadętą na klienta w obu jednakowo - to to jest istotne ograniczenie mojej wolności. Jeżeli jestem zdany na źle funkcjonującą pocztę, byle jak pracujące telefonistki, to wolność moja jest mniejsza. Jeżeli braki zaopatrzenia ograniczają wybór do kilku podstawowych artykułów to ogranicza to moja wolność. Jeżeli nie mogę dokonać swobodnego wyboru miejsca i zakładu pracy bo mieszkanie szczęśliwie zdobyte przykuło mnie i do miejsca i do tego, kto mi je dał to jestem spętany w wyborze a wiec nie jestem wolny. Jeżeli pomiędzy jedną gazetą a drugą niewielka różnica, książka taka jest, jaka jest, pogoń za papierem toaletowym trwa całe życie to nie jestem wolny. Jeżeli całe obszary mojego życia codziennego są racjonowane - obojętnie z jakich powodów - to racjonowana jest moja wolność i swoboda - nawet w rzeczach małych. Jestem ograniczany na codzień w sposób o wiele bardziej dotkliwy niż gdyby to dotyczyło braku wielkich swobód. Dla mnie więc wolność to więcej swobody wyboru na codzień, możliwość odrzucenia ofert w sprawach małych, podstawowych bo codziennych. Dopiero gdy masz taka swobodę możesz uznać, że pokonałeś, lub dano ci pokonać pierwsze szczeble drabiny do dużego "W". Swoboda gospodarowania sobą, swoim czasem, konieczność wręcz dokonywania wyborów codzień i w sprawach codziennych wynikająca z bogactwa oferty jest najważniejszym atrybutem prawdziwej wolności. Bo gdy w każdym sklepie mówią ci w sobotę, że nie ma chleba a jajek znowu zabrakło wielkie swobody demokratyczne możesz swobodnie zawiesić na kołku. Ograniczony jesteś przede wszystkim w tym, co pozwala ci naprawdę pozwala czuć się wolnym - w gospodarce własnym czasem. Rozmieniasz go na codzienną, uciążliwą, morderczą walkę z codziennymi kłopotami i w ten sposób tracąc czas na życie jakie jest, nie masz już czasu nad nim sie zastanawiać. A jeśli na to nie starcza ci czasu lub sił - to do najwyższego szczebla drabiny nie zatęsknisz. I w ten sposób brak wolności przez duże "W" spotyka się z brakiem tejże przez małe "w" - bo oczywiście istnieją tu związki i zależności. Jeżeli więc zastanawiasz się co oznacza brak wolności - zastanów sie co ci nieustannie kradnie czas i skazuje na wybory nie przez ciebie dokonane. I to w sprawach, w których wyboru mógłbyś dokonać i czasu nie tracić nie zagrażając w niczym "bytowi państwa", "podstawom systemu" itd. I wtedy musisz sobie zadać pytanie, czy legitymacją dla tych podstaw, ich istotą nie są przypadkiem te codzienne dolegliwości dane każdemu obywatelowi - aby mógł się nimi zająć. Aby tylko tym się zajmować musiał. Szczegóły w gazetach"<<

      Wczytuję się w tekst sprzed prawie 30-tu lat i myślę, że nie zestarzał się tak bardzo, jak jego autor. Myślę też, że wiele się zmieniło i niektóre utyskiwania z tamtych lat mogą być dzisiaj niezrozumiałe. Może ci z Majdanu zrozumieli by je łatwiej, bo ich tęsknoty (tak mi sie zdaje) wbrew wielkim hasłom o wielkiej "W" obracają się w istocie wokół małych "w". Trudno rozprawiać z pustym żołądkiem o pełnej Demokracji. Myślimy już jak ten horodniczy w "Rewizorze" Gogola, który "tak lubił być generałem"; bardzo  by się nam dzisiaj podobało być oligarchą (na wzór rosyjski czy ukraiński). W międzyczasie zamieniliśmy bowiem szatana permanentnego niedoboru (materialnego) na bożka rozpasanej materialnej obfitości. Czy to nas uczyniło lepszymi, czy też może "lepszymi", uczciwszymi, prostszymi, bardziej empatycznymi i solidarnymi byliśmy wtedy? Wydaje się, że im bardziej nie możesz "mieć" tym bardziej potrafisz "być" - czyż nie? Nie tęsknię do tamtych czasów codziennego zniewolenia ale pytam, czy szansę nam daną wykorzystaliśmy, jako społeczeństwo, optymalnie? Ale są też inne pytania, zaś odpowiedzi na nie prowadzą do konkluzji, że być wolnym dla każdego co innego znaczy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „15. Małe i duże "W" (z moich wykopalisk)”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 marca 2014 17:56
  • poniedziałek, 03 lutego 2014
    • 14. Co gra mistycznie

                Jako 8-my wpis opublikowałem tu w kwietniu 2013 tekst ("Co w duszy gra"), który uznałem za wart rozwinięcia. Tak urodził sie tekst poniższy.     

                Świat zewnętrzny „odbieramy” za pomocą zmysłów naszych. Sztukę, dzieła sztuki także odbieramy i przeżywamy przy pomocy tych samych zmysłów, najczęściej jednak za pośrednictwem wzroku i słuchu, jednak większość przemawia do nas wizualnie (malarstwo, rzeźba, architektura). Możemy przy tym być głusi i niemi, ale nie ociemniali. Oglądamy dzieło i ten obraz, jaki odbieramy, sprawia, że odnosimy jakieś szczególne wrażenia, przeżywamy jakieś niezwykłe emocje. Wrażenia te, emocje te, mają – jak mi się zdaje – w pierwszym rzędzie także najpierw charakter wizualny; coś sobie przy oglądaniu jakiegoś obraz wyobrażamy, przypominamy, z czymś znanym już wcześniej kojarzymy („malujemy” w świadomości własne obrazy) i to jest wtórnie też jakiś obraz. Dopiero w następnej fazie rodzi się jakieś inne, nieoptyczne wrażenie, jakaś nie nadająca się do opisania emocja, związana z obrazem pierwotnym i przetworzonym. Obraz podoba sie nam, przemawia do nas. Mam więc na początku KONKRETNY artefakt (obraz), potem wyobrażone ale wciąż jeszcze quasi – konkretne (w tym znaczeniu, że opisywalne) odbicie tego obrazu w mojej świadomości (tego, co widzę) a następnie niekonkretne – w tym znaczeniu, że emocjonalne – PRZEŻYCIE, wywołane przez pierwotny obraz i jego percepcję. To przeżycie jest tym, co zostało wywołane w naszej świadomości (i podświadomości) przez oglądane dzieło. Oglądane dzieło sztuki jest statyczne, nie zmienia się w czasie, „stoi”, możemy je oglądać wciąż od nowa z coraz innej perspektywy. Mamy czas na jego przyjęcie, „skonsumowanie” – ono sie bowiem nie zmienia w czasie oglądania.  Dzieło nie ma początku ani końca, trwa niezmienne w tej postaci, w jakiej artysta nam je przedstawił. Poza tym odbiór taki sprawia na nas wrażenie określonej konkretności; jest wyobrażalny, odtwarzalny, powtarzalny i w określonym stopniu opisywalny.

                Zupełnie inaczej – moim zdaniem – ma się sprawa z odbiorem utworu muzycznego. Po pierwsze odwołuje się on do naszego zmysłu słuchu. Możemy być ociemniali i niemi ale nie możemy być głusi. Po drugie odbiór (piszę cały czas z pozycji słuchającego) dzieła muzycznego jest dynamiczny, przebiega w czasie równolegle do wykonania utworu i musi za tym wykonaniem nadążyć, z nim współbrzmieć i z nim rezonować. Tu słuchacz wykonywanego utworu nie może na chwilę przestać, cofnąć sie, zacząć od nowa w dowolnym miejscu. Trzeba nadążać za biegiem utworu. Być w synchronizacji czasowej. Można co prawda, jeśli utwór jest odtwarzany z dowolnego nośnika mechanicznego (płyty, taśmy itp) zacząć odtwarzanie zarówno od nowa jak i od dowolnego punktu, ale potem już znowu trzeba „nadążać” i w tym sensie kolejne odtwarzanie nie różni się od pierwszego, podlega tym samym rygorom, opisanym wyżej. Tak więc utwór muzyczny nie daje nam tej szansy, jaką dają wytwory sztuk wizualnych, szansy na statyczne przeżycie i kontemplację w dowolnym tempie i sposobie. To trochę podobne do oglądania filmu: aby przeżywać, musimy nadążać za „akcją”. Wymagane jest współuczestniczenie. Po trzecie utwór muzyczny działa bezpośrednio, wprost na na nasze najgłębsze odczucia, pomijając etap namysłu nad dziełem. Ten, jeśli się pojawia, to później. W trakcie wykonania/słuchania po prostu nie mamy na to czasu. Jest dźwięk i bezpośrednio po nim emocja nim wywołana. W moim rozumieniu jest to jakościowo całkowicie odmienny sposób przeżycia utworu, trudniejszy zarówno w samym odbiorze jak i w opisaniu tego, na czym ten odbiór polega. Opisanie słowami takiego przeżycia, jakim jest odbiór utworu muzycznego jest być może nawet niemożliwe.

                 Porzucam teraz moją domorosłą „teorię” odbioru dzieła sztuki, w tym szczególnie muzyki, potrzebną mi do zrozumienia „jak to funkcjonuje i czym się różni”, i przejdę do właściwego tematu.

                Pytanie brzmi: DLACZEGO MUZYKA TAK NAS UNOSIOd dłuższego czasu zmagam się z tym pytaniem i chęcią opisania podobieństw w doznaniu, jakie (moim zdaniem) zachodzi w czasie słuchania i przeżywania utworu muzycznego a tym, jakie zachodzić może w czasie głębokiego przeżycia typu religijnego na przykład głębokiego zatopienia się w modlitwie czy medytacji, czy też „iluminacji” jakie, jak sądzę, są udziałem mistyków, którzy przeżywają wtedy, jak sami twierdzą, bliskość boga. O tym ostatnim mogę wszakże tylko domniemywać. Wciąż uważam, że do takiego opisu  brak mi odpowiednich narzędzi ale są powody, dla których odkładać tego już nie chcę.

                Na tym blogu umieściłem swego czasu tekst  p.t. „Co w duszy gra”, który we fragmentach cytuję niżej (miejsca opuszczone zaznaczone są [...])    

      Co w duszy gra

      [..] Należę do tych, którzy nie odróżniają tonacji dur od moll, z trudnością nazwą nuty gamy w obu wersjach (i jako c,d,e…i jako do,re,mi…) i ustawią je na pięciolinii, ledwo odróżniam klucz wiolinowy od basowego ale muzyką fascynują się niezmiennie przez całe prawie dorosłe długie życie, wiele muzyki wysłuchałem, trochę też o niej poczytałem i posłuchałem znawców, a więc coś niecoś o niej może wiem.

      [...] Na początku jest twórca (kompozytor), po nim przychodzą wykonawcy (o tych będzie tu może najwięcej), na końcu jest odbiorca, słuchacz, czyli ja z moim punktem widzenia (słyszenia). Nie jestem zwolennikiem poglądu, że kompozytor komponuje z myślą o odbiorcy. Wyznaję raczej pogląd, że twórca „konstruuje paczkę” w swoim świecie wewnętrznym, która posyła w obcy zewnętrzny świat a każdy z odbiorców „rozpakowuje” tą przesyłkę indywidualnie i w różny sposób, w zależności od swojej własnej wrażliwości na TAKĄ akurat przesyłkę. Niektórzy nie rozpakowują jej wcale. To zależy od wielu indywidualnych czynników, których tu nie rozpatruję, bo nie o tym sprawa. [...]

      A. Kompozytorzy przy pracy

      Nic nie wiem o technice pracy kompozytora, wiele sobie jednak wyobrażam, słuchając jego dzieła. Trafne wydaje mi się to, co pięknie ujęte zostało w dwóch cytatach, które tu przytoczę. Pierwszy pochodzi od Witolda Lutosławskiego: „Uważam, że muzyka jest domeną świata idealnego, świata, który powstaje w naszej wyobraźni”. Drugi pochodzi z filmu A.Holland „Kopia mistrza” (a więc to nie jest wypowiedź oryginalna) ze sceny, w której głuchy Beethoven mówi do swej pomocnicy, że to on, Beethoven, „jest instrumentem, na którym gra Bóg”. Obie wypowiedzi do mnie przemawiają bo przenoszą nasze odczuwanie muzyki i rozumienie do innej sfery. I w tej właśnie kolejności: najpierw ODCZUWANIE później ROZUMIENIE. Tak właśnie rozumiem muzykę, jako oddziaływanie na nasze emocje, uczucia, odczucia a dopiero w drugiej kolejności jako próba zrozumienia i zracjonalizowania tego cośmy odczuli. Próba na ogół nieudana, bo tego ani zracjonalizować ani zwerbalizować się nie da. Nie wyobrażam sobie, aby kompozytor, ZANIM siądzie do pisania nie miał obrazu, wyobrażenia tego co zamierza pisać. I żeby NIE SŁYSZAŁ dzieła zanim jeszcze zostało napisane. Zresztą nie wiem. Nie wydaje mi się aby to było tylko mechaniczne dokładanie cegiełki do cegiełki (nuty do nuty). W każdym razie rzecz wydaje mi się niesamowicie INDYWIDUALNĄ i stąd zupełnie różne wyobrażenia utworu przez kompozytora, orkiestrę (dyrygenta) i odbiorcę. One się nie nakładają. I to się odbywa (najczęściej) bez szkody dla utworu! Przecież niemożliwe jest, aby Dawid Ojstrach grając razem z Yehudi Menuhinem podwójny koncert skrzypcowy d-moll Jana Sebastiana Bacha (BMV 1043) mieli dokładnie te same koncepcje odczytania utworu a obaj razem taką, jaką miał Bach! Z każdym więc wykonaniem utwór jak gdyby powstaje NA NOWO! To cud! Podwójny. Bo po raz drugi wydarza się wtedy, gdy odbiorca-słuchacz go przeżywa, słuchając.

      B. Wykonawcy. Dyrygent.

      Cały czas milcząco tu zakładam, ze utwór napisany przez kompozytora trafia w do wykonania do orkiestry/zespołu, który „zna się na rzeczy” a więc gwarantuje słuchaczowi tą satysfakcję, której chce kompozytor. Miejmy nadzieję. I tu zaczyna się (w moim pojęciu) rola dyrygenta. Dla mnie dyrygent jest profesją artystyczną, którą stawiam ponad wszystkie inne zawody. Jest przedmiotem mojego niekłamanego podziwu. [...] Nie widzę pomiędzy dyrygentem a kompozytorem zasadniczej różnicy, a jeżeli, to dyrygentowi przypisał bym więcej wymaganych przymiotów, które mieć MUSI, niż autorowi partytury. Z wyjątkami dla największych geniuszów kompozytorskich. Ale porzućmy licytacje a przystąpmy do uzasadnień. Na podstawie moich WYOBRAŻEŃ a nie mojej wiedzy o dyrygenturze. Oprócz umiejętności czysto technicznych, jak czytanie nut, znajomość instrumentów i instrumentacji i wszystkiego tego co pozwala mu technicznie zrozumieć i panować nad partyturą i w czasie dyrygowania o tym zapomnieć, musi on mieć coś, czego pewnie nie uczą, co się nabywa z czasem, i czego cegiełki tylko wyniósł w czasie studiów. Musi mieć ten szczególny rodzaj wyobraźni muzycznej, który pozwala mu (podobnie jak kompozytorowi) stworzyć KONCEPCJĘ wykonania dzieła, musi je SŁYSZEĆ (podobnie jak kompozytor) zanim jeszcze zostanie zagrane. Musi znać i słyszeć dźwięk poszczególnych instrumentów i orkiestry jako całości. Nie może, jak solista skupiać się na poszczególnych instrumentach ale musi słyszeć je (nie słysząc jeszcze w realu) wszystkie we współbrzmieniu. Musi w myśl swojej koncepcji wykonania rozłożyć odpowiednia akcenty utworu (na pewno inaczej niż „słyszy” to kompozytor, dlatego też często kompozytorzy dyrygują wykonaniem swoich utworów) aby pasowały do jego koncepcji dzieła. To wymaga ogromnej wyobraźni, fenomenalnej pamięci (zauważcie ile dyrygentów dyryguje „z pamięci”! A przecież w partyturze zapisane są nuty dla wszystkich grup instrumentów i całego utworu! Dziesiątki tysięcy nut i brzmień!) i całkowitego zapomnienia o „warsztacie”. Potrzebna mu jest zapewne też doskonała znajomość historii muzyki, aby odczuć i rozumieć „ducha epoki” w której żył kompozytor, znajomość możliwości technicznych poszczególnych instrumentów orkiestry (mam tu stale na myśli orkiestrę w składzie symfonicznym), ale też historię instrumentów, aby mieć pojęcie o tym, jak to i na czym w czasach, gdy żył kompozytor, się grywało i jak wtedy brzmiał utwór, który dziś odtwarzamy. Nie po to aby naśladować (jest obecnie piękna moda na grę na „instrumentach dawnych”) ale aby wiedzieć, jakim ograniczeniom ulegał kompozytor w swoim czasie; bo jeżeli „słyszał” to słyszał tak, jak WTEDY grano. Duch epoki w tym się przejawia też. Nie musi być naśladowany (czy to możliwe w ogóle?). Dalej, jeśli już koncepcja wykonania dojrzała, dyrygent musi do niej albo przekonać, albo zmusić ten zespół stu indywidualistów, którymi dyryguje. W czasie długich żmudnych prób. My widzimy/słyszymy tylko efekt końcowy i nim się entuzjazmujemy; po drodze jest wiele potu i łez w czasie wielu godzin prób. W końcu rzecz jest gotowa do prezentacji. Jedno można powiedzieć z dużą pewnością: to W JAKI SPOSÓB  utwór będzie odegrany różni się od tego, w jaki sposób słyszał go kompozytor komponując, różni się od tego, w jaki sposób wykonanie wyobraża sobie każdy z poszczególnych muzyków zespołu wykonującego (przecież wszyscy to ludzie wykształceni muzycznie i o swoim fachu wiedzą dużo); jest natomiast bliskie tego, jak sobie prezentację wyobraził dyrygent. Narzucił on więc swoją wizję mnóstwu ludzi i przeprowadził ja! Muzyka więc brzmi a słuchacz słucha. I tu mamy drugi cud: u KAŻDEGO słuchacza odbiór jest całkowicie INNY, tak jak każdy człowiek różni sie od innego. Na dobrą sprawę, jak mi się wydaje, rzecz leży w magicznym funkcjonowaniu narządu słuchu. To on prowadzi nas w rejony NIEKONKRETNE (w odróżnieniu od zmysłu wzroku na przykład), w głąb naszego własnego ja i pozwala w abstrakcyjny sposób PRZEŻYWAĆ, odbierać muzykę. Przebywamy w tym, wspomnianym przez Lutosławskiego „świecie idealnym”, nie tym samym co kompozytor, nie tym samym co muzycy czy dyrygent ale we WŁASNYM, wzbudzonym przez dźwięki przez kompozytora uporządkowane, przez muzyków odtworzone, przez nas indywidualnie przetworzone. Muzyka przenosi nas w INNY ŚWIAT. W jaki? Nie wiem. Ale zauważcie jedno, co także moją uwagę zwraca wielokrotnie i trudne do zaobserwowania nie jest, jeśli się patrzy dyrygentowi w twarz (np.na nagraniu lub transmisji) a nie w plecy (jak na sali koncertowej): po dobrym, udanym wykonaniu utworu dyrygent potrzebuje kilkunastu (jeśli nie więcej) sekund ABY WRÓCIĆ! Dokąd? Do rzeczywistości. Skąd? Tego właśnie nie wiemy. Może z tego świata idealnego? Może ze świata transcendencji? Może z krainy muzyki? My też, jeśli jesteśmy muzyką przejęci, tam przebywamy, każdy w swoim świecie idealnym. Tylko swoim. To jest ten cud, który sprawić potrafi tylko muzyka, bliska w tym mistyce.[...] << (koniec cytatu)

                Chcę nawiązać do końcowej części powyższego cytatu, bo dotyka ona tego, co wydaje mi się istotne. Jednocześnie zdaję sobie w pełni sprawę z kolosalnej trudności przedsięwzięcia; bo próbuję opisywać coś, co jest w gruncie rzeczy nieopisywalne. Emocji towarzyszących wykonaniu muzyki nie da się przełożyć na słowa. Muzyka, jak żadna inna sztuka, odwołuje się wprost do naszej duchowości (cokolwiek by to miało znaczyć), do tej sfery naszej świadomości, o której wiemy, że jest, ale opisać jej nie potrafimy. A jeżeli opisujemy, każdy o czymś innym myśli. Można tu się odwołać do pitagorejczyków, którzy stworzyli cały filozoficzny wykład o muzyce wiodąc go aż do muzyki kosmosu („muzyka sfer”). Stanowic ona miała obszar, „w którym muzyka prowadzić miała do poszerzania świadomości i kontemplacji piękna, łącząc się z duszą człowieka i współdziałając z nią, stawała się częścią tego, co wieczne”. Zaś Arystoteles stwierdził praktycznie i prawdziwie, że „muzyka łagodzi obyczaje”. Tak czy owak wpływ muzyki na nas stanowi od dawna tajemnicę, z którą zmagali się najwięksi. Nikt jeszcze nie wynalazł słów i języka, przy pomocy których opisać by się dało ten rodzaj uniesienia i zachwycenia jakie przynosi muzyka. W tym sensie znajduję też dużo prawdy w twierdzeniu, że piękno muzyki zbliżone jest do piękna matematyki. Jeśli więc w czasie słuchania utworu muzycznego przeżywacie coś w rodzaju ekstazy, wpadacie w zachwyt czując przy tym owo przysłowiowe „mrowienie w kręgosłupie” czy „motyle w brzuchu” to zostaliście właśnie „dotknięci” i „porażeni” pięknem muzyki.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 lutego 2014 18:21
  • czwartek, 30 stycznia 2014
    • 13. Zło, dobro, dekalog i inne katalogi

      Na zakończenie cyklu wpisów na innym blogu (emes5756.blog onet.pl) "popełniłem" tekst podsumowujący, rozprawiający się, na ile potrafiłem, z kwestią: dlaczego człowiek potrzebuje zakazów, aby okiełznać swoją naturę.

      Tekst ten wydaje mi sie na tyle (dla mnie) ważny, że go tu przytaczam w wersji, jaka ukazała sie na blogu  hotellambert.blox.pl (wszystkie odniesienia do numerów wpisów w cytowanym tekście odnoszą się do wpisów na blogu emes5756.blog.onet.pl):

      >>Jeśliśmy tacy dobrzy, dlaczego tacy źli?

         Pytanie, które pojawia się na końcu poprzedniego wpisu(12/73 Katalogi, Dekalog nad dekalogi(?)…) nie jest wcale retorycznym. Odpowiedź nie jest bowiem znana. Lub inaczej: odpowiedzi jest tyle, ile odpowiadających. Jeszcze inaczej: pytań jest więcej niż odpowiedzi na nie. Zarówno z bardzo cząstkowego przeglądu zestawień różnych regulacji (wpisy 2/63bis do 12/73) w formie kata- i dekalogów, kodeksów, zaleceń, pouczeń i praw, jak i z doświadczenia naszego wiemy przecież, że jeżeli chodzi o ilość mniej lub więcej sformalizowanych regulacji, które pozytywnie mają wpływać na nasze życie i zachowanie, na nasze relacje z innymi jednostkami, w końcu na nasze relacje ze społecznością, w której żyjemy – to można powiedzieć, że toniemy wprost w powodzi takich regulacji. Mało jest dziedzin ludzkiego życia, które nie zostało by poddane jakimś regulacjom, a jeżeli taka dziedzina się pojawia, biegniemy ją uregulować. Przodują w tym zarówno struktura cywilna czyli państwo jak i religie. Nie wiem, czy ludzkość nie przekroczyła w tym już jakiejś granicy, którą można by uznać za rozsądną. Z jednej strony pojawiają się nowe dziedziny ludzkiej aktywności, które nowych regulacji wymagają – i to jest zrozumiałe – z drugiej bez przerwy i bez skutku majstrujemy przy dawno wymyślonych regulacjach, jakie w spadku pozostawili nam przodkowie.Kodeksy regulujące nasze życie nie pojawiają się ot tak sobie, deus ex machina (zróbmy wyjątek dla Dekalogu, ten bowiem, jak podaje Pismo został nadany osobiście przez Pana), nie zostają „wynalezione”, choć są potrzebne, ale z reguły zostają NADANE przez kogoś, kto do tego jest uprawniony. Uprawniona jest z reguły władza. I to ona ustala zasady „gry” polegające zarówno na ustalaniu  reguł a także ich egzekwowaniu. Do egzekucji potrzebna jest określona moc (przemoc). Tak więc – warto zapamiętać – regulamin, kodeks, dekalog itp. jest, chciał – nie chciał, także atrybutem władzy. Na tym poprzestańmy

          Ograniczę tu moje dywagacje do tego, czym zajmują się kodeksy religijne, traktując je jako kodeksy etyczne. Kodeks taki w skrócie i uproszczeniu ma nam dać odpowiedź na pytanie: jak żyć uczciwie, porządnie (wierzący powie też: w zgodzie z bogiem, bez grzechu). I kodeks taki powinien dać także, z założenia, definicję tego, co jest owym uczciwym i porządnym życiem. Definicje taka obowiązuje jednak, to zastrzeżenie uważam za istotne, tu i teraz. TU – to znaczy w tym miejscu geograficznym, dla jednostki w tej społeczności (rodzinie, konfesji, związku itp). TERAZ – to znaczy w tym momencie historii ludzkiej. Chcę przez to powiedzieć, że obowiązujący katalog zaleceń etycznych jest funkcją miejsca i czasu. Zawsze i wszędzie. I tylko kodeksy religijne uzurpują sobie, że ich regulacje są dane raz na zawsze – od zawsze i na zawsze niezmienne, wieczne. To złudzenie. Historycznie to właśnie religie wzięły na siebie rolę Instytucji predestynowanych do tego, aby ustalać – obojętnie, czy oryginalne własne, czy też przyswojone z pośród już praktykowanych – kodeksy zachowań, które uznać należy za dobre. Bo przecież w kodeksie takim nie znajdujemy niczego innego, jak wskazania do odróżnienia zachowania pożądanego (dobrego) od zachowania niepożądanego (złego). A zatem przeciwstawienie DOBRA i ZŁA. W konsekwencji tego owo dobro i zło podlega także wspomnianej uprzednio zależności wobec „Tu i Teraz”, bo najpierw definicje tych pojęć, a dopiero wtórnie zachowania, są uzależnione od miejsca i czasu i zakotwiczone w historii.

      Jaka więc „filozofia” leży u podstaw tworzenia takich katalogów zaleceń postępowania, jak np. Dekalog? Konkretnie, począwszy od przykazania czwartego? Z jakiego założenia się wychodzi? Jeżeli buduje się go w oparciu o cały zestaw zakazów, to najwidoczniej katalog zakazów ma zapobiegać temu, do czego adresat zaleceń ma naturalne skłonności. Widocznie bez owych zakazów, wymienionych szczegółowo w katalogu/dekalogu, naturalne skłonności do zła, jako wrodzone i przyrodzone, realizowały by się zgodnie z naszą naturą. Bo przecież, założywszy sytuacje odwrotną, gdyby ludzie mieli naturalne skłonności do czynienia dobra, powszechnie obowiązujące zakazy czynienia zła były by im do niczego niepotrzebne. Zatem filozofia dekalogu jest następująca: człowiek jest istotą mająca naturalną, wrodzoną skłonność do ulegania swoim złym instynktom, które też są wrodzone i naturalne. A ma ją dlatego, że w człowieku skłonność do zła, ta ciemna strona jego dwoistej natury, jest zawsze obecna i dominuje nad jego skłonnością do czynienia dobra, która co prawda istnieje w ludzkiej naturze również, jest jednak od jej przeciwstawnej strony ciemnej o wiele słabsza – musi więc, przynajmniej dla przywrócenia równowagi, zostać wzmocniona przypomnieniem co jest złe i zakazem czynienia go. U podstaw filozofii Dekalogu leży więc świadomość tego, że w każdym z nas drzemie zarówno dr. Jekyll jak i Mr Hyde, przy czym ten ostatni ma nad tym pierwszym zdecydowaną przewagę – jest mocniejszy. Osobiście uważam, że to rozpoznanie dwoistej natury człowieka ze wskazaniem na przewagę strony ciemnej – jest prawidłowe i trafne. Niezależnie jednak od tego, co ja uważam, o prawidłowości takiego osądu przekonują nas doświadczenia dziejów ludzkich. Jak daleko w głąb historii sięga pamięć ludzka nie znajdzie się ani jeden dzień, w którym ludzie nie prowadzili by wojen, nie zabijali się nawzajem jednostkowo, zbiorowo i masowo. Nie tworzyli praw aby je łamać, nie dokonywali zaboru cudzego obszaru i mienia jednostkowo i masowo, i nie łamali także wszystkich innych zakazów, także tych nielicznych, jakie Dekalog wymienia szczegółowo. Zresztą Tora, skąd Dekalog nasz pochodzi jest jedną wielka opowieścią o przewadze sił ciemności nad siłami jasności. Jest to też jedna wielka opowieść o słabości natury ludzkiej. Zauważmy też, że w niektórych przypadkach Dekalog bywa przykładem wyjątkowej hipokryzji (zresztą Dekalog Mojżeszowy nie jest tu wyjątkiem). Jeżeli bowiem Pan/Prawodawca z jednej strony z naciskiem mówi „nie zabijaj” ( piąte przykazanie) a z drugie strony ten sam Pan/Prawodawca obiecuje Izraelitom (Księga Jozuego), że dokona eksterminacji wszystkich tych ludów (mężów, kobiet, dzieci), zasiedlających ziemie, którą im obiecał, to mamy do czynienia z selektywnym obowiązywaniem zakazu, co jego (zakazu) siłę znakomicie osłabia a wiarygodność Prawa i Prawodawcy skutecznie podważa. Jeżeli Pan nie stosuje się do własnego kodeksu, człowiek chyba też nie musi? Tak więc nietrudno wykazać i doświadczeniem historii rodzaju ludzkiego potwierdzić, iż filozofia „zakazowa” Dekalogu oparta jest na wiedzy o tym, że w dwojakiej naturze ludzkiej, na którą składa się pierwiastek ciemności i pierwiastek światła, czyli silna skłonność do złego i słaba do dobrego, ten składnik pozytywny jest o wiele słabszy od negatywnego. Ten ostatni bowiem zawsze przeważy. Tego uczy również ta sama Tora, z której Dekalog pochodzi, opowiadając nam najpierw mit o Adamie, Ewie, wężu, jabłku i pokusie, jakiej pierwsi rodzice ulegli, zanim ich z raju nie wygnano a potem kolejne, podobne historie o niegodziwości władców i zwykłych ludzi. Uczy także jeszcze jednego: jeżeli ustanowiony zostaje zakaz, nieuchronne jest, że będzie on omijany.

      Zakończę na tym ten uproszczony i zwulgaryzowany wykład manicheizmu. Kto chce go pogłębić, sięgnie do źródeł a także…do wielkiego Ojca Kościoła – św. Augustyna. On coś o nim wiedział. Bo nie o manicheizm mi tu chodzi ale o głębokie i prawdziwe rozpoznanie istoty natury ludzkiej, jakie leży u podstaw wszelkich katalogów zakazów, z dekalogiem mojżeszowym włącznie. Jest ono jednocześnie przyznaniem się do klęski obrazu człowieka, jako „istoty z natury dobrej”. Istota taka nie istnieje, w odróżnieniu, niestety, od istoty z natury złej. Taka rzeczywistość także poddaje się rozpoznaniu rozumowemu i lepiej się nim posługiwać w ocenie ludzi i zdarzeń, niż kierować się naiwną wiarą w ten najlepszy ze światów z najlepszymi z natury istotami na nim. Tako rzecze (też) Mani. Kościół, „matka nasza” (że pozwolę sobie w tym kontekście na szczyptą ironii i użyję obiegowego określenia) mówi w gruncie rzeczy to samo, tylko innym językiem, udając, że mówi coś innego, niż mówi.<<

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 stycznia 2014 22:28