Wpisy

  • niedziela, 06 lipca 2014
    • 19. Nie uchodzi...

      Jest u Fredry w "Damach i huzarach" postać księdza, który w chwilach gdy w gospodarza-przyjaciela z lat wspólnej służby wojskowej wstępuje czart (werbalny) wykrzykuje ze zgrozą "nie uchodzi, nie uchodzi..." - i to skutkuje. Nb. kto nie oglądał przedstawienia telewizyjnego z młodziutkim Kobuszewskim (ówże ksiądz), Walczewskim, Turkiem, Ryszardą Hanin, młodą Joanną Szczepkowską i całą plejadą znakomitych aktorów, niektórych już ś.p., ten niech spróbuje przy okazji najbliższego wznowienia w tv - Fredro bowiem wiecznie młody a może i nie mniejszy od wieszczów naszych!

      Urodziłem się i dzieciństwo spędziłem w małym miasteczku w cieszyńskiem i zarówno z domu jak i z tego małomiasteczkowego otoczenia wyniosłem wtedy dość jednoznaczną umiejętność rozróżniania tego co "uchodzi" od tego co "nie uchodzi" . Mam na to słuch (o słuchu tu jeszcze będzie) dość wyczulony i dość jednoznacznie wyznaczoną granicę między jednym a drugim. Tego się tam i wtedy uczyliśmy na żywych przykładach, bo byli tacy co tą granice przekraczali, wszyscy o tym wiedzieli i niejako (w duchu) wskazywali ich palcem. Rodzice dawali polecenia, aby nie postępować tak, jak "X" bo...itd. Jednym słowem bo "nie uchodzi", bo tego ludzie przyzwoici po prostu nie praktykują. I dlatego są przyzwoici. Kto zaś nieprzyzwoitość praktykuje sam siebie ekspediuje na margines. Gdy dziś próbuję ustalić, gdzie są owe granice stwierdzam ze zgrozą, że uległy one od tamtych czasów tak znacznemu przesunięciu, że nie wiadomo, czy w ogóle jeszcze gdzieś są. I dziękuje w myślach Rodzicom i owemu małomiasteczkowemu otoczeniu, że pomogli mi je wyznaczyć i ustalić na życie całe. Busola funkcjonuje , choć może wskazuje nieco inny kierunek niż w dzieciństwie i młodości.

      Jednym z kanonów tego co uchodzi a co nie,  było, ŻE SIĘ NIE PODSŁUCHUJE. A jeżeli już ktoś popełnił ten grzech, to w żadnym wypadku nie podaje się dalej tego, co sie podsłuchało - bo to już jest samo dno. Bywa przecież, ze dzieci, nawet niechcący, podsłuchają rozmowę rodziców nie dla nich przeznaczoną - ale nie mogą przecież tego wynosić poza dom. Nie można tez podsłuchiwać pod drzwiami sąsiadów i w ogóle pod jakimikolwiek drzwiami, pod cudzym oknem, podsłuchiwać tego co się mówi przy innym (np. restauracyjnym) stoliku itd.itp. Normy były więc jasne, granice przyzwoitości wyznaczone, każdy wiedział i wie do dzisiaj co się lokuje po tej a co po tamtej stronie granicy ludzkiej przyzwoitości.

      Gdzie jesteśmy dzisiaj? Mamy własnie aferę podsłuchową (nie pierwszą, nie ostatnią) bo skoro podsłuchiwanie (wszyscy wszystkich) stało się ususem powszechnym a efekt podsłuchiwania stał sie pożądanym na rynku (jeszcze jeden aspekt rynku - tego synonimu rzekomej wolności!) towarem, to ma on swoja cenę i swój oczywisty cel. Cena wyrażona jest w pieniądzu a celem jest INFAMIA i DYSKREDYTACJA, jako narzędzia do osiągania innego celu: na ogół politycznego. Grzech zostaje rozgrzeszony a priori.

      Znaleźliśmy się więc w miejscu, w którym w "moich" (w/w) czasach egzystował tylko powszechnie pogardzany margines i dół owej społeczności małomiasteczkowej a dziś przebywają bohaterowie(?) z pierwszych stron gazet i newsów medialnych, którzy obalają rządy, a przynajmniej mogą lub chcą. Qui bono? I czy naprawdę są to bohaterowie, rycerze jasnej strony mocy?

      Ale jest jeszcze drugi aspekt. Przyjrzyjmy sie podsłuchiwanym. Zachowują się z reguły i rozmawiają jak bandziory spod budki z piwem (tu przepraszam większość klientów budek z piwem) i mówią oraz robią wszystko co wg moich standardów "nie uchodzi" ale przecież dziś uchodzi jak najbardziej. Nagle cała piramida społeczna obnaża sie jako odwrócona: ludzie przyzwoici są na samym dole, menele na górze.

      Przestaję rozumieć ten świat i tęsknię do czasów, gdy było wiadomo, co uchodzi a co nie. Być więc może, że przebywanie w takim świecie, takim jak ja, także już nie uchodzi

      (także: hotellambert.blox.pl)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      niedziela, 06 lipca 2014 09:57
  • czwartek, 17 kwietnia 2014
    • 18. Antyklerykał polski jako taki....

      Dedykuję wszystkim, którzy utożsamiają antyklerykalizm z ateizmem.

      Pojęciem antyklerykalizmu posługujemy się aż nadto chętnie (ale często bez namysłu i bezkrytycznie) w dyskursie publicznym, przypisując antyklerykałom cechy i zamiary prawie że szatańskie. Są oni w pewnych kręgach (właśnie KLERYKALNYCH) wrogami naczelnymi, obdartymi niemalże ze wszelkich cech ludzkich. Są oni (antyklerykałowie) w tej narracji nieprzejednanymi wrogami kościoła, więcej są wrogami wiary jako takiej (no a przede wszystkim tak drogiej nam Polakom wiary rzymsko-katolickiej). Wcześniej czy później w tym dyskursie zza antyklerykała zawsze wychynąć musi ateista, bo to on jest przecież w tym potocznym rozumieniu praźródłem tego pleniącego się w postaci antyklerykalizmu ZŁA. Antyklerykalizm jest więc znakiem rozpoznawczym (albo jednym z wielu znaków) ateizmu i maską, jaką ponoć ten ostatni przywdziewa; jedną z wielu jego twarzy. Otóż wszystko razem to jedno wielkie pomieszanie pojęć i nieprawda. Ale to pomieszanie pojęć jest przydatne właśnie do mieszania ludziom w głowach. W ten bowiem sposób utrwala się w świadomości nieświadomych nierozłączna para "antyklerykał = ateista". Cóż z tego że to nieprawda! Nieprawda uporczywie powtarzana staje się przecież prawdą - to podstawowy kanon wszelkiej propagandy. To, że można być głęboko i prawdziwie wierzącym a jednocześnie antyklerykałem się potem w przeciętnej umysłowości nie mieści. I nie powinno!  W przeciwnym bowiem przypadku nastąpiło by uwypuklenie zasadniczej różnicy jaka istnieje pomiędzy wierzeniem a Instytucją, która te wierzenia szerzy, a to było by w konsekwencji dla tej Instytucji niebezpieczne. W ludzkiej świadomości ma być bowiem osadzone trwałe i niezachwiane przekonanie o TOŻSAMOŚCI wiary i Instytucji, wbrew błędności tej tezy. W przeciwnym wypadku okazało by się bowiem szybko, że można zakwestionować funkcjonowanie, sposób działania Instytucji jak każdej struktury świeckiej (jaką przecież jest) czy korporacji bez naruszania fundamentów wiary, którą głosi. Dlatego ta ex definitione Instytucja musi głosić tożsamość i nierozerwalność wiary z nią samą. To, że od wielu stuleci w sposób oczywisty to twierdzenie mija się z prawdą nie ma tu większego znaczenia. Fakt nieustannego powstawania w skali globalnej i w toku dziejów nowych religii, wielość wierzeń i wielość Instytucji z nimi związanych przeczy przecież tej tożsamości, ale jest to o tyle bez znaczenia, że głoszenie tożsamości odbywa się DO WEWNĄTRZ, wobec swoich a więc w pewnym zamkniętym (choć już nie hermetycznie w sensie informacyjnym) kręgu. Czymże wobec tego jest antyklerykalizm? Sięgnijmy do jednego ze źródeł (Wiki):

      >Antyklerykalizm (od „anty” i gr. klerikos, „mający władzę religijną”) – ideologia społeczno-polityczna przeciwstawna, wroga wobec klerykalizmu, krytyczna wobec przywilejów lub władzy kleru (stąd nazwa) w przestrzeni publicznej poza miejscami kultu. Antyklerykalizm często mylnie utożsamiany jest z ateizmem.Podstawą antyklerykalizmu jest sprzeciw wobec niektórych przejawów działalności duchowieństwa, a szerzej – instytucji wyznaniowych religijnych (w odróżnieniu od wierzeń i idei świeckich). Niezgoda na wpływ tych instytucji na pozareligijne życie społeczeństwa, napominanie lub ingerencję w sprawach dotyczących prawa.<

      Trudno tej definicji coś zarzucić (za wyjątkiem może tego, iż ja raczej uważam antyklerykalizm bardziej za postawę światopoglądową a mniej za "ideologię społeczno-polityczną"); podkreśla ona, ze przedmiotem antyklerykalnej krytyki jest świecka strona Instytucji religijnej a nie religia sama a wiec antyklerykalizm z ateizmem nie ma nic wspólnego. To się da dobrze prześledzić na przykładzie Polski. Pomocne będzie tu też przypomnienie definicji klerykalizmu (wg tego samego źródła):

      >Klerykalizm – dążenie do uzyskania instytucjonalnego wpływu duchowieństwa na życie społeczne, polityczne i kulturalne; pojęcie używane głównie przez zwolenników świeckiego charakteru państwa (administracji, wojska i szkolnictwa<

      Posługując się kryteriami zawartymi w obu w obu definicjach dość łatwo ustalić czym się żywi antyklerykalizm w Polsce. Żywi się NADOBECNOŚCIĄ  krk we wszystkich instytucjach państwa i przejawach działalności państwowej. Jak się ta nadobecność przedstawia w państwie, w którym rzekomo istnieje rozdział Kościoła (rk) od Państwa i fakt ten potwierdzony jest zarówno w konstytucji RP jaki w konkordacie jaki Polska z Watykanem zawarła? Podam tu wybrane przejawy klerykalizacji życia publicznego, przykłady na nie każdy znajdzie z łatwością, jeśli nie u siebie to w najbliższym, znanym mu otoczeniu i w życiu. Akurat kościół rk dostarcza tu najwięcej przykładów i to z dwu powodów: po pierwsze dlatego, że jest liczebnie najpotężniejszy (pomijam aspekty historyczne i tradycję) a po drugie: jak żaden inny wykazuje ten agresywny styl zawłaszczania przestrzeni publicznej i prywatnej, który inne konfesje nie demonstrują (mniejsza o powody). Ale po kolei. Katolik, zanim jeszcze na tyle dorośnie, żeby uzmysłowić sobie, że żyje, już dawno - od urodzenia - jest katolikiem z niewłasnego wyboru. Tego wyboru dokonali za niego Rodzice chrzcząc go. Akt jest jednostronny, dokonany wobec istoty bezwolnej i nieświadomej ale o doniosłych konsekwencjach. Po stronie adepta jest to postawienie go w sytuacji właściwie bez wyjścia (spróbujcie wyjść!) gdyby chciał świadomie zniwelować ów jednostronny akt przypisania go do krk. Po stronie krk jest to "nabycie" wyznawcy skutkujące zależnością praktycznie przez całe życie. Jakie podstawowe prawa jednostki zostają tu pogwałcone nie będę roztrząsał. Potem adept udaje sie do przedszkola, gdzie także spotyka sie z czynna obecnością Instytucji, a jeśli nie, to najpóźniej w wieku szkolnym spotka sie z nią na pewno. W państwowych szkołach bowiem następuje katechizowanie młodzieży na koszt tegoż państwa, które od krk jest oddzielone ("rozdział przyjazny" słynne hasło-klajster mające zamazać oczywista nierówność państwa wobec krk). W zakresie katechezy (programy, kontrola) krk zachowuje całkowita autonomie i suwerenność. Było by to do akceptowania gdyby przywrócono status quo ante to jest przeniesiono katechezę do kościoła i jego przestrzeni - w obecnym stanie jest to kpina z autonomii państwowej instytucji oświatowej. Mamy już i stopnie z religii na świadectwach (dokument państwowy) za chwile będziemy mieli egzamin na maturze, średnią ocen łącznie z religią też już mamy. Ani jeden z warunków, do których zobowiązał się kościół w chwili niekonstytucyjnego wprowadzania nauki religii do szkół do jakich zobowiązywał się wtedy krk (m.i. opłacanie katechetów) dotrzymany nie został. Ale to nie dziwi - jest bowiem w naturze tej Instytucji stawianie i egzekwowanie coraz to nowych żądań i przywilejów od państwa, w którym istnieje egzystując w "przyjaznym" rozdziale. Krk rozwinął także pomyślnie własny system szkół podstawowych, średnich i wyższych znacznie ilościowo rozbudowany. I nie było by w tym nic nadmiernie gorszącego, gdyby były one finansowane ze środków własnych Instytucji krk a nie były w poważnej mierze beneficjentem dotacji państwa. Także więc w tej dziedzinie krk jest tą jemiołą, która czerpie z organizmu państwowego. Zanim nasz adept ukończy szkoły będzie jeszcze wielokrotnie i bez przerwy świadkiem demonstracyjnej nadobecności Instytucji w kraju. Procesje, pielgrzymki, marsze "w obronie", propaganda potężnego i wpływowego Radia Maryja, nowe budowle obiekty począwszy od kilkuset pomników JPII, poprzez Chrystusa Świebodzińskiego, Licheń, Świątynię Opatrzności aż po hodowle danieli dla uciechy arcybiskupa - na to wszystko patrzy i jest już przyzwyczajony. To już nie budzi żadnej refleksji - i o to przecież chodzi. Jest przyzwyczajony, ze Instytucja jest wszędzie, na każdej uroczystości państwowej jest kapłan jeśli nie biskup, w każdym urzędzie ma Instytucja swoje symbole aż po Sejm Rzeczypospolitej, każda nowo oddawana do użytku budowa od najmniejszej musi być "pokropiona" itd.itd. Przestrzeń publiczna jest nasycona symbolami jednej religii i rytuałami tej religii w nadmiarze zarówno w stosunku do rzeczywistej potrzeby jak i w stosunku do innych konfesji - dominuje jedna. Instytucja umiała także w przemyślny sposób, korzystając ze zbrodniczej bezmyślności państwa, wykorzystać fakt ucisku materialnego w czasach przed 1989 r. i rewindykować w niesłychany sposób dobra materialne wtedy utracone z nawiązka, której wielkość musi budzić wątpliwości co do zasadności i podstaw prawnych. Słynna już działalność Komisji Majątkowej stanowić może dowód na pazerność materialną Instytucji krk i całkowitą bezradność Państwa. Jest paradoksem historii, ze ucisk i konfiskaty majątkowe stosowane przez władze komunistyczne przyniosły w efekcie,jako "akt sprawiedliwości" niesłychane wzbogacenie się Instytucji na drodze częstokroć z poczuciem prawa i rzetelności mało mającej wspólnego. Instytucja nie waha się brać czynny udział w życiu publicznym i politycznym narzucając państwu swój punkt widzenia na wiele rozwiązań prawnych albo blokując rozwiązania z tym punktem widzenia jej zdaniem niezgodne. Do posiadania własnego poglądu w wielu istotnych dla życia społecznego sprawach Kościół ma oczywiście pełne prawo, jednak do szantażowania posłów Sejmu Ustawodawczego celem przeprowadzenia tego punktu widzenia już stanowczo nie. A jednak Instytucja tak działa (przypadek in vitro). Instytucja nie skrywa też swoich preferencji i sympatii wobec określonych partii politycznych, a nawet swoje sympatie lokuje według własnego uznania włączając sie jawnie w procesy polityczne (Radio Maryja). Preferencje te i zalecenia dla wiernych w okresie przedwyborczym głoszone są też jawnie z ambon. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której Instytucja wydrążyła niejako organizm państwa od środka i posługuje się jego agendami dla osiągnięcia swoich a nie państwowych celów.

      Realizacji takiej "polityki" jeśli chodzi o utrwalanie dominującej wobec państwa pozycji Instytucji krk służy wielce rozbudowany (liczebnie) i odpowiednio "uformowany" aparat funkcjonariuszy Instytucji - to jest kler wszelkich szczebli. To jest temat wart osobnego i obszernego omówienia, na które tu nie ma miejsca. Ograniczę sie do dwóch podstawowych tez. Po pierwsze fundamentem, na którym opiera się trwanie Instytucji krk i bez którego jest ona nie do pomyślenia jest zasada absolutnego posłuszeństwa obowiązującego każdego podwładnego kapłana wobec jego przełożonego. Ta piramida osiąga szczyt w Watykanie (u biskupa rzymskiego), lecz niezwykle ważna, jeśli nie rozstrzygająca, jest rola biskupa lokalnego (diecezjalnego). Na tym rusztowaniu spoczywa Instytucja. Drugim filarem jej (Instytucji) sprawności w działaniu, oprócz tysiącletnich doświadczeń, jest owo "formowanie" kapłanów w  seminariach duchownych. Daje im ono w efekcie oprócz niezbędnej wiedzy także owo specyficzne poczucie wyjątkowości wynikające z misji, z którą zostają miedzy ludzi "posłani" aby szerzyć i umacniać Dobrą Nowinę - a w rzeczywistości Instytucję. Jest mała szansa (ale jest), że tak wykształceni funkcjonariusze-kapłani "wybiją się na niepodległość" w myśleniu i działaniu, bo musieli by zaprzeczyć i własnej formacji i ślubom posłuszeństwa. Wypadki takie oczywiście występują, ale są pojedyncze - większość (znakomita) oportunistycznie wypełnia swoja "misję" - co nie wyklucza, ze są wśród nich ludzie uczciwi i mądrzy, dobrzy i szanowani, tyle że w pewnym sensie ubezwłasnowolnieni. Tam, gdzie występuje autentyczny konflikt z władzą kościelną (np. casus Lemański) wynikający z niezależności myślenia i postrzeganiu i jawnego wytykania błędów Instytucji, mamy do czynienia z przypadkiem nierozwiązywalnym wewnątrz Instytucji - ponieważ nie uznaje ona procedur kompromisu i podziału racji. Nie bez znaczenia jest utrwalane od wieków i skutecznie utrwalone w umysłach przeciętnych wiernych przekonanie o tożsamości Kościoła (Instytucji i jej hierarchii) z Chrystusem. Stąd bowiem wprost wniosek, że kto atakuje Kościół (a wiec i hierarchów) ten atakuje Chrystusa - ergo jest antychrystem. W ten sposób Kościół (Instytucja i jej hierarchia) nałożyła sobie potężny i skuteczny pancerz ochronny, wyjmując ją spod wszelkiej krytyki.

      Wyliczyłem wyżej kilka właściwości atmosfery, w jakiej zanurzony żyje w Polsce potencjalny antyklerykał. Nie ma w tym wyliczeniu ani jednego cytatu z biblii, ani jednej frazy z podstaw wiary (Credo, dekalog itp) ani słowa z treści katechizmu. Nie ma teologii. Wyliczeniu podlegają tu tylko te dewiacje wewnątrz Instytucji, które każdy, kto kieruje sie jakim takim rozsądnym rozpoznaniem rzeczywistości, musi dojrzeć i uznać za patologiczne, niezdrowe, zaprzeczające w gruncie rzeczy temu, co leży u podstaw wiary. Antyklerykał widzi więc, że Instytucja dąży tu i teraz do osiągania całego szeregu czysto świeckich celów (i je osiąga), które z przesłaniem, które głosi Instytucja niewiele mają wspólnego. Stwierdza więc zakłamanie oraz manipulację wiernymi, kierującymi się w dobrej wierze wiernością wobec Instytucji utożsamiając ją z wiernością wobec samej wiary. Ten fakt znajduje także swoje odbicie w poglądach wiernych na antyklerykała. Uznają oni, że skoro antyklerykał krytykuje Instytucję a także jej kapłanów najwidoczniej nie wierzy w to, w co oni wierzą i co Instytucja podaje im do wierzenia. Jest wiec najwidoczniej ateistą. Tak więc antyklerykał identyfikowany jest z ateistą. Uproszczenie i nieporozumienie. Takie samo, jak uproszczeniem i nieporozumieniem było by twierdzenie, że wszyscy księża ("sukienkowi", "czarni") sa potencjalnymi chciwcami, dążącymi jedynie do zdobyczy materialnych i bogacenia się, sprzeniewierzającymi się posłannictwu Chrystusowemu itd. Nie zmienia to jednak faktu, ze także ci poczciwi i uczciwi kapłani, niosący pociechę a nieraz i konkretną (a nie tylko słowną, która też ma swoja wartość) pomoc swoim parafianom i uczciwie pełniący swoja służbę (co jest istotą kapłaństwa, jak ja to rozumiem) są jednocześnie funkcjonariuszami tej Instytucji, której obraz nakreślono we fragmentach wyżej. Wielu z nich z tej sprzeczności zdaje sobie sprawę; ci którzy wstępują na drogę jawnego sprzeciwu w dobrej wierze - pozostaną wewnątrz Instytucji bez szans a na zewnątrz niej bez znaczenia. Ich widzenie Instytucji jest, o dziwo, zbieżne z widzeniem antyklerykalnym, pozostają jednak dalej wiernymi synami swojej konfesji.

      Instytucja krk spełnia w Polsce wszelkie przytoczone w definicji antyklerykalizmu kryteria, a więc:

      - zabiega o przywileje i władzę kleru

      - zabiega o miejsce w przestrzeni publicznej poza miejscami kultu

      - wpływa na pozareligijne życie społeczeństwa

      - ingeruje w procesy stanowienia prawa

      - usiłuje uzyskać lub uzyskała zinstytucjonalizowane wpływy na życie społeczne, polityczne i kulturalne świeckiego państwa (szkoła, wojsko, administracja)

      To dość aby być w Polsce antyklerykałem nie będąc wrogiem żadnej z religii.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 kwietnia 2014 20:33
  • wtorek, 01 kwietnia 2014
    • 17. Porozmawiajmy jak...(kto z kim)?

      Toczy się dzisiaj (01.04.2014) i gdzie indziej (Pisanki) dyskusja przedstawicieli trzech konfesji trochę o tym, jak widzą propagandę swoich przekonań; ale nie tylko o tym bo wątków jest tam więcej. Mam swoje powody aby "wejść" do tej dyskusji tu a nie tam. To, że rozmowa o tych sprawach toczy się tam (póki co) spokojnie jest wartością samą w sobie, szczerość wypowiedzi wartość tą podnosi. Mnie jednak interesują raczej odpowiedzi, jakie ja znajduję, na podniesione tam pytania. Jednym z nich jest: dlaczego ludzie, pomimo że "w głębi duszy" nie wierzą (lub nie czują sie związani z instytucją kościoła, do jakiego formalnie przynależą) to jednak chodzą do niego na nabożeństwa. Jednym słowem skąd sie biorą "niewierzący ale praktykujący". Najprostsza odpowiedź: kościół sam ich sobie fabrykuje. Ale wymaga pogłębienia. Nie analizuję tu wyłącznie treści wiary ale głównie mechanizmy jej głoszenia.

      Nakładają się tu dwa czynniki (będę mówił o kościele rzymsko-katolickim), wielokrotnie omawiane, ale widać nie dość powtarzania. Zaczyna się od pierwszego sakramentu. Stworzenie ludzkie, ledwo co narodzone, nieświadome niczego, nie mające żadnej zdolności do dokonania wyboru, nie pytane o zdanie (którego mieć nie może) zostaje aktem chrztu przypisane (nie przesadzę, jeśli powiem "na amen") do konfesji, o której nie ma pojęcia. Teologicznie wielokrotnie opisywana i podnoszona wolna wola człowieka (jako dar boży) zostaje tu bezpardonowo podeptana, odrzucona, unicestwiona. Dzieje się to wobec istoty, która żadnej wolnej woli mieć oczywiście jeszcze nie może, nie jest podmiotem ale przedmiotem manipulacji Rodziców (z jakich przyczyn, też tu wspomnimy) i Instytucji. I to w sprawie podstawowej, egzystencjalnej bo tyczącej całego jej przyszłego życia intelektualnego. Być może i szczęścia osobistego. Do tego, aby akt taki uznać za bezwarunkowo konieczny dorobiono całą ideologię (łącznie z zajmującymi sporo miejsca w bibliotekach rozprawami o tym czy duszyczki nieochrzczone idą do czyśćca czy ...?), ale to w niczym istoty rzeczy nie zmienia - osoba ludzka (skądinąd jest taką podobno "od poczęcia do naturalnej śmierci") zostaje pozbawiona u progu biologicznego życia (bo przecież nie u progu świadomego życia) podstawowego atrybutu swojego człowieczeństwa to jest możliwości WOLNEGO WYBORU co do swojej przyszłości.To ma oczywiście dla tej jednostki bardzo ważne życiowe konsekwencje praktyczne, ale dla Instytucji także: ma ona bowiem bez wysiłku ze swej strony nowego wiernego członka. Który jeszcze o tym nie wie, ale się dowie. Ten aspekt, to zdarzenie uważam za fundamentalne dla odpowiedzi na postawione na wstępie pytanie. Akt chrztu jest oczywiście wpisany w sekwencje nigdy nie kończącego się następstwa powiązanych ze sobą i wynikających jedno z drugiego zdarzeń, ale ja go stawiam na początku.

      Tak więc człowiek, owa rzekomo wolna istota, zanim jeszcze uświadomi sobie, że jest istotą myślącą i czującą, jest już PRZYPISANY do określonego systemu teologiczno-ideologicznego (i całego zestawu rytuałów) konkretnej Instytucji. Funkcjonuje więc wewnątrz niej, nie poczyniwszy w tym kierunku żadnego wysiłku. Teraz dochodzi do głosu druga nasza ludzka cecha: OPORTUNIZM. Można go traktować jako pochodną tej ludzkiej słabości, która jest nam  wrodzona (bo jesteśmy projektem niedoskonałym, który stwórcy-wzorcowi, przyznajmy to, niezbyt sie udał) i w ekstremalnym przypadku polega na zbyt łatwym uleganiu drzemiącemu w nas Złu. Ten oportunizm powoduje, że presja środowiska ("co ludzie powiedzą") ma taką moc, że skłania rodziców do ulegania tradycji, nawet jak jej nie uznają (własnie chrzest, potem komunia, katecheza, itd aż po grób naśladują większość). Tradycja jest siłą tak potężną, że potężniejszej próżno szukać. Sama Instytucja jest przecież upostaciowaniem tradycji: tworzy ją, głosi i strzeże. Tak więc duszyczka, przypisana do określonej konfesji ma zupełnie nikłe szanse, aby się na nowo samookreślić. A jeżeli wysiłek ten zostaje podjęty, droga jest ciernista. Przy czym wcale mi tu nie chodzi o to, aby duszyczka się zbuntowała i odeszła - ale o to aby do głębi zrozumiała i zaakceptowała to, w co kazano jej wierzyć. Aby stała sie świadomym podmiotem i przestała być nieświadomym, łatwym do powodowania przedmiotem.

      A teraz słów kilka o tym, co jest rdzeniem tej Nowiny, którą głosi Instytucja. A po prawdzie prawie wszystkie religie. Otóż głoszą one konieczność takiego sposobu postępowania Tu i Teraz aby w PRZYSZŁYM ŻYCIU (czyli Tam i Potem) zostać nagrodzonym w sposób niesłychanie atrakcyjny dla każdej żyjącej i myślącej istoty. Uważam, że jest to oferta delikatnie mówiąc nieekwiwalentna (mocniejsze słowo było by też na miejscu). Otóż układ, jaki głosiciele religii (chrześcijaństwo nie jest tu wyjątkowe) zawierają ze swoimi wyznawcami brzmi mniej więcej w ten sposób: jeżeli będziesz postępował w życiu zgodnie z naszymi wskazaniami/przykazaniami obiecujemy ci nieśmiertelność w życiu przyszłym. Bowiem ZMARTWYCHWSTANIESZ! Otóż tylko pierwsza część tego układu jest sprawdzalna a więc uczciwa, druga nie. Z tego punktu widzenia taka umowa jest nieuczciwa bowiem oferuje za konkretny życiowy wysiłek złudną zapłatę niemożliwą do zweryfikowania. O wiele bardziej przekonywała by mnie oferta w rodzaju: postępuj tak a tak (według naszych przepisów) - w zamian oferujemy ci życie spełnione, dużo w nim zadowolenia, szacunek innych, pogodę ducha; bowiem po śmierci nic ci obiecać nie możemy i nie chcemy, jako że nic o tym nie wiemy. Oferta uczciwa? Chyba tak...

      Można oczywiście zapytać: jeśli jest tak jak napisano wyżej, że oferta i umowa (dobrowolna, czy nie) jest nieuczciwa to dlaczego takie mnóstwo ludzi ją zawiera i przy niej następnie trwa? Odpowiedź, pomijając oportunizm, jest dość oczywista: ludzie są jedynymi istotami, które są świadome tego, że ich życie zawsze i nieuchronnie kończy sie katastrofą! I nigdy się z tym nie pogodzili i nie pogodzą. Muszą więc chwytać się takich konstrukcji filozoficznych, które sami tworzą, które stwarzają im złudzenie, że katastrofy absolutnego i nieodwoływalnego końca nie będzie. To też jest jakiś wybór i każdy ma do niego prawo. Pozostaje pytanie co do sposobu wyboru: czy jest świadomy, czy narzucony nieświadomemu. That is the question!

      Inne aspekty popularności religii oferujących szczęśliwość po śmierci rozpatruje też Arnold J.Toynbyee ("Die hoeheren Religionen") opisując ich atrakcyjność w świetle istniejącej (w chwili powstawania chrześcijaństwa) sytuacji historycznej i socjologicznej. Jego argumentacja się nie zestarzała.

      A teraz o formie prozelityzmu. Ja także spotykam się z próbami dyskusji/agitacji door to door, grzecznie odmawiam, grzecznie odchodzą. W porównaniu do triumfalistycznych demonstracji krk (w Polsce szczególnie) jest to zaprawdę pisk myszy i do tego dyskretny. Parę zaś osób na Placu Zamkowym w Warszawie (czy to daleko od Krakowskiego Przedmieścia, gdzie trwa co miesiąc istny festiwal demonstracji religijno-"patriotycznych"?) raczej rewolucji antykatolickiej nie wznieci i ustalonego w Polsce "porządku" nie zburzy. Komu przeszkadza? Tym bardziej, że mamy w sprawie prozelityzmu instytucjonalnie wyłożoną swoistą filozofie Kalego. Cytuję za wydaną 14 grudnia 2007 przez Kongregację Nauki Wiary "Notą doktrynalną na temat niektórych aspektów ewangelizacji" gdzie mówi się, że > prozelityzm rozumiany jako niezdrowy przymus do zmiany wyznania nie powinien mieć miejsca w chrześcijańskiej ewangelizacji. Jednak nie można mówić o prozelityzmie (w negatywnym tego słowa znaczeniu), gdy "chrześcijanin niekatolik, z przyczyn sumienia i przekonany o prawdzie katolickiej, prosi o wejście w pełną jedność z Kościołem katolickim".< (za Wiki) Czyli jak katolika ciągną do innego wyznania to niedobrze, jak innego wyznawcę do katolicyzmu to dobrze? Cyryl jak Cyryl, ale te Metody...



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 kwietnia 2014 17:54
  • piątek, 21 marca 2014
    • 16. Pies. Psie życie...(Z moich wykopalisk)

      W tej zawierusze, jaką nam fundują nasze media, z tym obrzydzeniem, z jakim się je ogląda i słucha, w tym niepokoju jaki to wszystko w nas budzi, rodzi się we mnie tęsknota do powrotu do czegoś stabilniejszego, na czym się można oprzeć, rzadko zawodzi (prawdę mówiąc nigdy nie zawiodło). Wracam więc w myślach do mojego (naszego) psa, z którym pożegnaliśmy się przed wieloma laty. W swoich zapiskach pod datą 15.07.1986 znajduję taki tekst, który dedykuję właścicielom psów i nie tylko im a także sobie:

      >> PIES. Stworzenie obserwowane przez 11 lat a mimo to wciąż zagadka. Zagadka nie w sensie nieobliczalności reakcji, bo te są na ogół obliczalne, ale niemożliwości odgadnięcia prawdziwych źródeł tych reakcji. Zadziwiająca struktura, więcej niż instynkt i odruch ale czy inteligencja? Jeśli tak, to oczywiście swoista, zaskakująca i bardzo "trafna". Być może ta trafność wynika właśnie z tego, że podbudowana jest instynktem nie przytłumionym nie zdominowanym przez spekulacje i nakaz racjonalny. Jeśli pies stoi długą chwilę przed pustą miską odwrócony do wszystkich tyłem, to co chce "powiedzieć"? Wiemy. Ale dlaczego nie wyrazi tego skomleniem lub innym, bardziej nachalnym zachowaniem? Jeśli składa ci pysk na kolanach i patrzy w twoje oczy, to co chce "powiedzieć"? Tego już na pewno nie wiemy. Może coś demonstruje (swoja miłość i przywiązanie) a może tylko łaknie pieszczoty? Ale dlaczego łaknie pieszczoty? Lub dlaczego demonstruje miłość? To nie są już zachowania odruchowe - można je zaliczyć do zachowań bezinteresownych. Można napisać książkę o swoim psie i mimo to niewiele o nim powiedzieć. Będzie to rejestr zadziwiających zachowań i reakcji, który jednak nie wytłumaczy ich przyczyn. Opowiadała mi przed jakimś czasem ciotka Franka, że w grobie, w którym leży wujek i jego rodzice jest także pies i kanarek. Otóż ten pies po zgonie ojca wujka chodził codziennie na jego grób, nie jadł aż w końcu zdechł. Zdechł z rozpaczy i tęsknoty. Zdechł z miłości do swojego pana. Historie takie słyszymy od czasu do czasu i czytamy. Zawsze chodzi o psy. I nie da się tego wytłumaczyć żadnym innym powodem jak tylko przysłowiowym psim przywiązaniem. Zwierzęcy odruch to przeżyć, obronić się, żreć, egzystować. To było by normalne i z naszego punktu widzenia prawidłowe. Pies ma najwidoczniej zupełnie inny punkt widzenia i odczuwania. Psia inteligencja przewyższa naszą w wielu dziedzinach. Jeśli inteligencja polega między innymi na spekulowaniu i umiejętności wyboru postępowania w zależności od przewidywanego biegu wypadków pies jest niewątpliwie inteligentny. Nie zapomnę jak Kaj, który "wyprowadził" mnie kiedyś w zimową noc na przymusową przechadzkę, podczas której zniknął na czas dłuższy - a ja wielokrotnie wychodziłem do drzwi wejściowych coraz bardziej wściekły na niego - znalazł się w końcu po kilku godzinach w stanie wskazującym na poważny uraz tylnej łapy. Nie mógł po prostu wstać. Ale nie mógł wstać tak długo, póki się nie zorientował, że jego pan stracił ochotę na sprawienie mu lania i przestraszony obmacywał swojego pieska szukając urazu i przemawiając łagodnie. W tym momencie pies był zdrów i sprawny i jak gdyby nigdy nic pomaszerował żwawo do domu po swojej zagrożonej laniem eskapadzie. A więc inteligencja, spryt i świetne rozegranie wszystkich atutów jakimi się dysponuje. Po tym "numerze" złość mi przeszła istotnie w podziw dla jego mądrości.(....)...Kaj jest przyzwyczajony, że podczas śniadania (mojego) otrzymuje z każdej kromki ostatni kąsek i zawsze na to spokojnie czeka, gdy jem. Ale i ja się przyzwyczaiłem i w czasie wyjazdów przyłapałem się na tym, że z każdej kromki zostawiam w czasie śniadania ostatni kąsek, choć pies jest o kilkaset kilometrów. Gdy go nie stanie ostatnie kąski będziemy zostawiać nadal. Jest więcej niż zwierzęciem domowym, jest najprawdopodobniej cząstką każdego z nas, wrósł w nas przez te 11 lat, przyzwyczailiśmy się wszyscy do określonych rytuałów, zawsze tych samych i o tej samej mniej więcej porze lub o tej samej mniej więcej częstotliwości w ciągu dnia. Zastanawiam się czasem, gdy psa nie będzie, czy mimo to nie będę wychodził na krótki spacer z nieistniejącym czworonogiem. Psia wierność - jedyna wierność, która nigdy nie zna zdrady. Zdrada to wynalazek czysto ludzki. Nie wierzę, żeby pies zamienił swoja miskę na lepsza miskę z żarciem u kogoś innego, mimo łakomstwa które ma wrodzone. Nie wierzę żeby pies zaniechał obrony swojego pana (pani) jeśli w tej obronie jest bez szans. Tu się nie kalkuluje - tu się wykonuje obowiązek. Nie wierzę aby pies mógł wykazywać wiele jeszcze innych cech i zachowań właściwych tylko ludziom. Nie wierzę też aby ludzie potrafili wykazywać się tyloma pozytywnymi psimi cechami. Znaczy to że mimo to iż pies jest przez nas układany i tresowany kieruje się w sytuacjach ekstremalnych pewnymi naczelnymi systemami zachowań, których nie potrafiliśmy w nim zniszczyć.  A może tylko, rekompensując nasze nie najlepsze zachowania międzyludzkie, nie próbujemy przenieść je na psa i nie uczymy ich po prostu? Zostawiamy je tylko dla ludzi? Pies byłby w takim przypadku taką enklawą, w której praktykujemy tylko lepszą część naszego ja. I w ten sposób zrasta się z człowiekiem, jest częścią jego życia ale i charakteru. Często tą lepszą. Zabijając więc swojego psa musisz zabić po trochu i siebie. O podobieństwie psów i ich właścicieli mówi się "przysłowiowe". Ono istnieje i ma swoje uzasadnienie. Po pierwsze decydujesz się na taki rodzaj psa, który ci się podoba. Są rasy,których nie lubisz i psów tych nie chciałbyś mieć nigdy - chyba żeby były wiecznymi szczeniakami bo mało jest brzydkich szczeniąt psich. Niezależnie od tego jakie pokraczne kundle z nich wyrosną - szczenięta sa zawsze piękne. Kochane. A więc wybierasz rasę. Ale co właściwie wybierasz? Pewnie coś, co podświadomie a właściwie nieświadomie jest do ciebie jakoś "przystające". I to jest pierwsza selekcja. Potem uczysz psa różności. Uczysz jednak "na wzór i podobieństwo swoje" bo każde wychowanie na tym polega. I masz drugi etap upodabniania za sobą. To trwa latami. Coś i pies ciebie uczy. Mimo woli się tego uczysz. I nie dziw się potem że spotykasz na spacerze małego pekińczyka a na drugim końcu smyczy wykapany duży pekińczyk, tyle że dwunożny. Nie dziw się, że dozorca w twoim domu jest podobny do swojego psa i nie dziw się też że twój pies nie cierpi tego psa dozorcy (i tylko tego jednego psa) dokładnie tak samo jak ty samego dozorcy (i jego żony). Ty co prawda wiesz za co, ale dlaczego twój pies? I to jest ten szósty zmysł, którym pies najwyraźniej się w określonych sytuacjach powoduje. W przeciwnym wypadku nie potrafiłbyś wielu psich zachowań wytłumaczyć.(...) Dlaczego wie, że wracasz do domu, choć jesteś jeszcze o setki metrów? Dlaczego w mieszkaniu ma kilka miejsc, w których się położy i wiele, w których nie połozy sie nigdy? Dlaczego liże miejsce zranione? Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Własnie dlatego.<<      

      zaś pod datą 30.07.1986 jeszcze taki suplement:

      >> PSIE ŻYCIE. Synonim fatalnej kondycji życiowej, złych warunków, fatalnego traktowania, fatalnego wyżywienia i mieszkania, pełnego uzależnienia od kaprysów pogody ("psi czas") i całkowitej wobec nich bezbronności. A jednak. A jednak dziś tylko w nielicznych przypadkach określenie "psie życie" oddaje w rzeczywistości i naprawdę to, co je powołało do życia w polskiej mowie. Bo spójrz na życie przeciętnego, powtarzam: przeciętnego i reprezentatywnego czworonoga. Rano miska napełniona (żadnych zmartwień skąd sie wzięło i za co, ma być i koniec), potem poranny spacer - nie do pomyślenia żeby sie nie odbył - już właściciele muszą o to zadbać choćby nie wiem co, potem słodkie lenistwo do następnej, południowej miski, przedtem radość z powrotu pana/pani, potem spacer koniecznie, potem słodkie lenistwo na przemian z pieszczotami, potem na pewno jeszcze raz spacer, w międzyczasie trochę różnych psich łakoci. Jesteś chory - zmartwią się, zatroszczą, wyleczą. Jesteś zdrowy - wiesz jak można swoją małą psią tyranię wobec właścicieli i na ogół dopinać swego. A więc kto tu ma psie życie? Przecież właściciele psów i to wcale nie z powodu psów ale zupełnie innych, całkowicie ludzkich i międzyludzkich przyczyn.<<  

      Jest w tych zapisach, gdy na nie dziś patrzeć (oprócz braku mnóstwa znaków interpunkcyjnych - nie zmieniałem celowo) także cała fura antropomorfizacji czworonoga. Ale to był MÓJ/NASZ czworonóg a więc stosunek do niego był/jest "very special".

      Ten, kto napisał: PANIE SPRAW, ABYM BYŁ TAKIM, ZA JAKIEGO MA MNIE MÓJ PIES dobrze znał i kochał psy i dobrze znał ludzi. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      piątek, 21 marca 2014 18:37
  • wtorek, 11 marca 2014
    • 15. Małe i duże "W" (z moich wykopalisk)

      Niemało się obecnie we wszystkich możliwych - i niemożliwych - miejscach rozprawia  o Wolności lub wolności. Katalizatorem tych dyskusji a także impulsem dla nich są oczywiście zdarzenia na Ukrainie. To już ante portas, więc musi nas obchodzić. Panuje oczywiście dość znaczne pomieszanie pojęć, nawet na samym Majdanie panowało, jak mniemam. Ogólnie to chodziło o tą wolność przez duże "W" - jak ją wszyscy próbujemy pojmować - to jest niezależność państwową, bezpieczne granice, uznanie międzynarodowe jako podmiotu prawa. O to na pewno walczył RUCH animujący Majdan i do tego aspiruje pewnie rząd ukształtowany potem. Ale, podejrzewam, każdemu POJEDYNCZEMU uczestnikowi tych zmagań, marzyły sie raczej wolności przez małe "w", których uosobieniem była i jest dla nich Europa w ogóle, a pewnie Polska w szczególe - bo lepiej znana a jej (Polski) przemiana "live" w ostatnich latach obserwowana. I każdy z nich ma na ten temat swoje własne, konkretne wyobrażenia.

      Zamiast jednak wdawać się w dywagacje nad różnicami pomiędzy dużym a małym "w", sięgam do moich zapisków (i to są właśnie te tytułowe "wykopaliska") sprzed lat wielu, gdzie pod datą 21.06.1986 znajduję, co następuje:

      >>"Wolność. Duże Słowo. Bardzo duże Słowo. I tak je też na codzień traktujemy. W tym największym wymiarze. Ogólnopaństwowym, ustrojowym, swobód przez duże "S" i co tam jeszcze. Tymczasem brak wolności, tej przez duże "W" nie jest może na codzień najistotniejszy. To tak jak byśmy chcieli od razu wejść na ostatni szczebel drabiny. Tymczasem tuż przy ziemi brak szczebli jest o wiele bardziej dotkliwy, o wiele bardziej ogranicza moją wolność - a o tym jak gdyby zdajemy się zapominać albo klasyfikujemy do uciążliwości dnia codziennego, do których jak gdyby trzeba się było przyzwyczaić. Jeżeli na codzień nie mam wyboru pomiędzy dobrze zaopatrzonym sklepem z miłą obsługą a drugim takim samym - a tylko pomiędzy źle i fatalnie zaopatrzonym i z obsługa nadętą na klienta w obu jednakowo - to to jest istotne ograniczenie mojej wolności. Jeżeli jestem zdany na źle funkcjonującą pocztę, byle jak pracujące telefonistki, to wolność moja jest mniejsza. Jeżeli braki zaopatrzenia ograniczają wybór do kilku podstawowych artykułów to ogranicza to moja wolność. Jeżeli nie mogę dokonać swobodnego wyboru miejsca i zakładu pracy bo mieszkanie szczęśliwie zdobyte przykuło mnie i do miejsca i do tego, kto mi je dał to jestem spętany w wyborze a wiec nie jestem wolny. Jeżeli pomiędzy jedną gazetą a drugą niewielka różnica, książka taka jest, jaka jest, pogoń za papierem toaletowym trwa całe życie to nie jestem wolny. Jeżeli całe obszary mojego życia codziennego są racjonowane - obojętnie z jakich powodów - to racjonowana jest moja wolność i swoboda - nawet w rzeczach małych. Jestem ograniczany na codzień w sposób o wiele bardziej dotkliwy niż gdyby to dotyczyło braku wielkich swobód. Dla mnie więc wolność to więcej swobody wyboru na codzień, możliwość odrzucenia ofert w sprawach małych, podstawowych bo codziennych. Dopiero gdy masz taka swobodę możesz uznać, że pokonałeś, lub dano ci pokonać pierwsze szczeble drabiny do dużego "W". Swoboda gospodarowania sobą, swoim czasem, konieczność wręcz dokonywania wyborów codzień i w sprawach codziennych wynikająca z bogactwa oferty jest najważniejszym atrybutem prawdziwej wolności. Bo gdy w każdym sklepie mówią ci w sobotę, że nie ma chleba a jajek znowu zabrakło wielkie swobody demokratyczne możesz swobodnie zawiesić na kołku. Ograniczony jesteś przede wszystkim w tym, co pozwala ci naprawdę pozwala czuć się wolnym - w gospodarce własnym czasem. Rozmieniasz go na codzienną, uciążliwą, morderczą walkę z codziennymi kłopotami i w ten sposób tracąc czas na życie jakie jest, nie masz już czasu nad nim sie zastanawiać. A jeśli na to nie starcza ci czasu lub sił - to do najwyższego szczebla drabiny nie zatęsknisz. I w ten sposób brak wolności przez duże "W" spotyka się z brakiem tejże przez małe "w" - bo oczywiście istnieją tu związki i zależności. Jeżeli więc zastanawiasz się co oznacza brak wolności - zastanów sie co ci nieustannie kradnie czas i skazuje na wybory nie przez ciebie dokonane. I to w sprawach, w których wyboru mógłbyś dokonać i czasu nie tracić nie zagrażając w niczym "bytowi państwa", "podstawom systemu" itd. I wtedy musisz sobie zadać pytanie, czy legitymacją dla tych podstaw, ich istotą nie są przypadkiem te codzienne dolegliwości dane każdemu obywatelowi - aby mógł się nimi zająć. Aby tylko tym się zajmować musiał. Szczegóły w gazetach"<<

      Wczytuję się w tekst sprzed prawie 30-tu lat i myślę, że nie zestarzał się tak bardzo, jak jego autor. Myślę też, że wiele się zmieniło i niektóre utyskiwania z tamtych lat mogą być dzisiaj niezrozumiałe. Może ci z Majdanu zrozumieli by je łatwiej, bo ich tęsknoty (tak mi sie zdaje) wbrew wielkim hasłom o wielkiej "W" obracają się w istocie wokół małych "w". Trudno rozprawiać z pustym żołądkiem o pełnej Demokracji. Myślimy już jak ten horodniczy w "Rewizorze" Gogola, który "tak lubił być generałem"; bardzo  by się nam dzisiaj podobało być oligarchą (na wzór rosyjski czy ukraiński). W międzyczasie zamieniliśmy bowiem szatana permanentnego niedoboru (materialnego) na bożka rozpasanej materialnej obfitości. Czy to nas uczyniło lepszymi, czy też może "lepszymi", uczciwszymi, prostszymi, bardziej empatycznymi i solidarnymi byliśmy wtedy? Wydaje się, że im bardziej nie możesz "mieć" tym bardziej potrafisz "być" - czyż nie? Nie tęsknię do tamtych czasów codziennego zniewolenia ale pytam, czy szansę nam daną wykorzystaliśmy, jako społeczeństwo, optymalnie? Ale są też inne pytania, zaś odpowiedzi na nie prowadzą do konkluzji, że być wolnym dla każdego co innego znaczy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „15. Małe i duże "W" (z moich wykopalisk)”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 marca 2014 17:56
  • poniedziałek, 03 lutego 2014
    • 14. Co gra mistycznie

                Jako 8-my wpis opublikowałem tu w kwietniu 2013 tekst ("Co w duszy gra"), który uznałem za wart rozwinięcia. Tak urodził sie tekst poniższy.     

                Świat zewnętrzny „odbieramy” za pomocą zmysłów naszych. Sztukę, dzieła sztuki także odbieramy i przeżywamy przy pomocy tych samych zmysłów, najczęściej jednak za pośrednictwem wzroku i słuchu, jednak większość przemawia do nas wizualnie (malarstwo, rzeźba, architektura). Możemy przy tym być głusi i niemi, ale nie ociemniali. Oglądamy dzieło i ten obraz, jaki odbieramy, sprawia, że odnosimy jakieś szczególne wrażenia, przeżywamy jakieś niezwykłe emocje. Wrażenia te, emocje te, mają – jak mi się zdaje – w pierwszym rzędzie także najpierw charakter wizualny; coś sobie przy oglądaniu jakiegoś obraz wyobrażamy, przypominamy, z czymś znanym już wcześniej kojarzymy („malujemy” w świadomości własne obrazy) i to jest wtórnie też jakiś obraz. Dopiero w następnej fazie rodzi się jakieś inne, nieoptyczne wrażenie, jakaś nie nadająca się do opisania emocja, związana z obrazem pierwotnym i przetworzonym. Obraz podoba sie nam, przemawia do nas. Mam więc na początku KONKRETNY artefakt (obraz), potem wyobrażone ale wciąż jeszcze quasi – konkretne (w tym znaczeniu, że opisywalne) odbicie tego obrazu w mojej świadomości (tego, co widzę) a następnie niekonkretne – w tym znaczeniu, że emocjonalne – PRZEŻYCIE, wywołane przez pierwotny obraz i jego percepcję. To przeżycie jest tym, co zostało wywołane w naszej świadomości (i podświadomości) przez oglądane dzieło. Oglądane dzieło sztuki jest statyczne, nie zmienia się w czasie, „stoi”, możemy je oglądać wciąż od nowa z coraz innej perspektywy. Mamy czas na jego przyjęcie, „skonsumowanie” – ono sie bowiem nie zmienia w czasie oglądania.  Dzieło nie ma początku ani końca, trwa niezmienne w tej postaci, w jakiej artysta nam je przedstawił. Poza tym odbiór taki sprawia na nas wrażenie określonej konkretności; jest wyobrażalny, odtwarzalny, powtarzalny i w określonym stopniu opisywalny.

                Zupełnie inaczej – moim zdaniem – ma się sprawa z odbiorem utworu muzycznego. Po pierwsze odwołuje się on do naszego zmysłu słuchu. Możemy być ociemniali i niemi ale nie możemy być głusi. Po drugie odbiór (piszę cały czas z pozycji słuchającego) dzieła muzycznego jest dynamiczny, przebiega w czasie równolegle do wykonania utworu i musi za tym wykonaniem nadążyć, z nim współbrzmieć i z nim rezonować. Tu słuchacz wykonywanego utworu nie może na chwilę przestać, cofnąć sie, zacząć od nowa w dowolnym miejscu. Trzeba nadążać za biegiem utworu. Być w synchronizacji czasowej. Można co prawda, jeśli utwór jest odtwarzany z dowolnego nośnika mechanicznego (płyty, taśmy itp) zacząć odtwarzanie zarówno od nowa jak i od dowolnego punktu, ale potem już znowu trzeba „nadążać” i w tym sensie kolejne odtwarzanie nie różni się od pierwszego, podlega tym samym rygorom, opisanym wyżej. Tak więc utwór muzyczny nie daje nam tej szansy, jaką dają wytwory sztuk wizualnych, szansy na statyczne przeżycie i kontemplację w dowolnym tempie i sposobie. To trochę podobne do oglądania filmu: aby przeżywać, musimy nadążać za „akcją”. Wymagane jest współuczestniczenie. Po trzecie utwór muzyczny działa bezpośrednio, wprost na na nasze najgłębsze odczucia, pomijając etap namysłu nad dziełem. Ten, jeśli się pojawia, to później. W trakcie wykonania/słuchania po prostu nie mamy na to czasu. Jest dźwięk i bezpośrednio po nim emocja nim wywołana. W moim rozumieniu jest to jakościowo całkowicie odmienny sposób przeżycia utworu, trudniejszy zarówno w samym odbiorze jak i w opisaniu tego, na czym ten odbiór polega. Opisanie słowami takiego przeżycia, jakim jest odbiór utworu muzycznego jest być może nawet niemożliwe.

                 Porzucam teraz moją domorosłą „teorię” odbioru dzieła sztuki, w tym szczególnie muzyki, potrzebną mi do zrozumienia „jak to funkcjonuje i czym się różni”, i przejdę do właściwego tematu.

                Pytanie brzmi: DLACZEGO MUZYKA TAK NAS UNOSIOd dłuższego czasu zmagam się z tym pytaniem i chęcią opisania podobieństw w doznaniu, jakie (moim zdaniem) zachodzi w czasie słuchania i przeżywania utworu muzycznego a tym, jakie zachodzić może w czasie głębokiego przeżycia typu religijnego na przykład głębokiego zatopienia się w modlitwie czy medytacji, czy też „iluminacji” jakie, jak sądzę, są udziałem mistyków, którzy przeżywają wtedy, jak sami twierdzą, bliskość boga. O tym ostatnim mogę wszakże tylko domniemywać. Wciąż uważam, że do takiego opisu  brak mi odpowiednich narzędzi ale są powody, dla których odkładać tego już nie chcę.

                Na tym blogu umieściłem swego czasu tekst  p.t. „Co w duszy gra”, który we fragmentach cytuję niżej (miejsca opuszczone zaznaczone są [...])    

      Co w duszy gra

      [..] Należę do tych, którzy nie odróżniają tonacji dur od moll, z trudnością nazwą nuty gamy w obu wersjach (i jako c,d,e…i jako do,re,mi…) i ustawią je na pięciolinii, ledwo odróżniam klucz wiolinowy od basowego ale muzyką fascynują się niezmiennie przez całe prawie dorosłe długie życie, wiele muzyki wysłuchałem, trochę też o niej poczytałem i posłuchałem znawców, a więc coś niecoś o niej może wiem.

      [...] Na początku jest twórca (kompozytor), po nim przychodzą wykonawcy (o tych będzie tu może najwięcej), na końcu jest odbiorca, słuchacz, czyli ja z moim punktem widzenia (słyszenia). Nie jestem zwolennikiem poglądu, że kompozytor komponuje z myślą o odbiorcy. Wyznaję raczej pogląd, że twórca „konstruuje paczkę” w swoim świecie wewnętrznym, która posyła w obcy zewnętrzny świat a każdy z odbiorców „rozpakowuje” tą przesyłkę indywidualnie i w różny sposób, w zależności od swojej własnej wrażliwości na TAKĄ akurat przesyłkę. Niektórzy nie rozpakowują jej wcale. To zależy od wielu indywidualnych czynników, których tu nie rozpatruję, bo nie o tym sprawa. [...]

      A. Kompozytorzy przy pracy

      Nic nie wiem o technice pracy kompozytora, wiele sobie jednak wyobrażam, słuchając jego dzieła. Trafne wydaje mi się to, co pięknie ujęte zostało w dwóch cytatach, które tu przytoczę. Pierwszy pochodzi od Witolda Lutosławskiego: „Uważam, że muzyka jest domeną świata idealnego, świata, który powstaje w naszej wyobraźni”. Drugi pochodzi z filmu A.Holland „Kopia mistrza” (a więc to nie jest wypowiedź oryginalna) ze sceny, w której głuchy Beethoven mówi do swej pomocnicy, że to on, Beethoven, „jest instrumentem, na którym gra Bóg”. Obie wypowiedzi do mnie przemawiają bo przenoszą nasze odczuwanie muzyki i rozumienie do innej sfery. I w tej właśnie kolejności: najpierw ODCZUWANIE później ROZUMIENIE. Tak właśnie rozumiem muzykę, jako oddziaływanie na nasze emocje, uczucia, odczucia a dopiero w drugiej kolejności jako próba zrozumienia i zracjonalizowania tego cośmy odczuli. Próba na ogół nieudana, bo tego ani zracjonalizować ani zwerbalizować się nie da. Nie wyobrażam sobie, aby kompozytor, ZANIM siądzie do pisania nie miał obrazu, wyobrażenia tego co zamierza pisać. I żeby NIE SŁYSZAŁ dzieła zanim jeszcze zostało napisane. Zresztą nie wiem. Nie wydaje mi się aby to było tylko mechaniczne dokładanie cegiełki do cegiełki (nuty do nuty). W każdym razie rzecz wydaje mi się niesamowicie INDYWIDUALNĄ i stąd zupełnie różne wyobrażenia utworu przez kompozytora, orkiestrę (dyrygenta) i odbiorcę. One się nie nakładają. I to się odbywa (najczęściej) bez szkody dla utworu! Przecież niemożliwe jest, aby Dawid Ojstrach grając razem z Yehudi Menuhinem podwójny koncert skrzypcowy d-moll Jana Sebastiana Bacha (BMV 1043) mieli dokładnie te same koncepcje odczytania utworu a obaj razem taką, jaką miał Bach! Z każdym więc wykonaniem utwór jak gdyby powstaje NA NOWO! To cud! Podwójny. Bo po raz drugi wydarza się wtedy, gdy odbiorca-słuchacz go przeżywa, słuchając.

      B. Wykonawcy. Dyrygent.

      Cały czas milcząco tu zakładam, ze utwór napisany przez kompozytora trafia w do wykonania do orkiestry/zespołu, który „zna się na rzeczy” a więc gwarantuje słuchaczowi tą satysfakcję, której chce kompozytor. Miejmy nadzieję. I tu zaczyna się (w moim pojęciu) rola dyrygenta. Dla mnie dyrygent jest profesją artystyczną, którą stawiam ponad wszystkie inne zawody. Jest przedmiotem mojego niekłamanego podziwu. [...] Nie widzę pomiędzy dyrygentem a kompozytorem zasadniczej różnicy, a jeżeli, to dyrygentowi przypisał bym więcej wymaganych przymiotów, które mieć MUSI, niż autorowi partytury. Z wyjątkami dla największych geniuszów kompozytorskich. Ale porzućmy licytacje a przystąpmy do uzasadnień. Na podstawie moich WYOBRAŻEŃ a nie mojej wiedzy o dyrygenturze. Oprócz umiejętności czysto technicznych, jak czytanie nut, znajomość instrumentów i instrumentacji i wszystkiego tego co pozwala mu technicznie zrozumieć i panować nad partyturą i w czasie dyrygowania o tym zapomnieć, musi on mieć coś, czego pewnie nie uczą, co się nabywa z czasem, i czego cegiełki tylko wyniósł w czasie studiów. Musi mieć ten szczególny rodzaj wyobraźni muzycznej, który pozwala mu (podobnie jak kompozytorowi) stworzyć KONCEPCJĘ wykonania dzieła, musi je SŁYSZEĆ (podobnie jak kompozytor) zanim jeszcze zostanie zagrane. Musi znać i słyszeć dźwięk poszczególnych instrumentów i orkiestry jako całości. Nie może, jak solista skupiać się na poszczególnych instrumentach ale musi słyszeć je (nie słysząc jeszcze w realu) wszystkie we współbrzmieniu. Musi w myśl swojej koncepcji wykonania rozłożyć odpowiednia akcenty utworu (na pewno inaczej niż „słyszy” to kompozytor, dlatego też często kompozytorzy dyrygują wykonaniem swoich utworów) aby pasowały do jego koncepcji dzieła. To wymaga ogromnej wyobraźni, fenomenalnej pamięci (zauważcie ile dyrygentów dyryguje „z pamięci”! A przecież w partyturze zapisane są nuty dla wszystkich grup instrumentów i całego utworu! Dziesiątki tysięcy nut i brzmień!) i całkowitego zapomnienia o „warsztacie”. Potrzebna mu jest zapewne też doskonała znajomość historii muzyki, aby odczuć i rozumieć „ducha epoki” w której żył kompozytor, znajomość możliwości technicznych poszczególnych instrumentów orkiestry (mam tu stale na myśli orkiestrę w składzie symfonicznym), ale też historię instrumentów, aby mieć pojęcie o tym, jak to i na czym w czasach, gdy żył kompozytor, się grywało i jak wtedy brzmiał utwór, który dziś odtwarzamy. Nie po to aby naśladować (jest obecnie piękna moda na grę na „instrumentach dawnych”) ale aby wiedzieć, jakim ograniczeniom ulegał kompozytor w swoim czasie; bo jeżeli „słyszał” to słyszał tak, jak WTEDY grano. Duch epoki w tym się przejawia też. Nie musi być naśladowany (czy to możliwe w ogóle?). Dalej, jeśli już koncepcja wykonania dojrzała, dyrygent musi do niej albo przekonać, albo zmusić ten zespół stu indywidualistów, którymi dyryguje. W czasie długich żmudnych prób. My widzimy/słyszymy tylko efekt końcowy i nim się entuzjazmujemy; po drodze jest wiele potu i łez w czasie wielu godzin prób. W końcu rzecz jest gotowa do prezentacji. Jedno można powiedzieć z dużą pewnością: to W JAKI SPOSÓB  utwór będzie odegrany różni się od tego, w jaki sposób słyszał go kompozytor komponując, różni się od tego, w jaki sposób wykonanie wyobraża sobie każdy z poszczególnych muzyków zespołu wykonującego (przecież wszyscy to ludzie wykształceni muzycznie i o swoim fachu wiedzą dużo); jest natomiast bliskie tego, jak sobie prezentację wyobraził dyrygent. Narzucił on więc swoją wizję mnóstwu ludzi i przeprowadził ja! Muzyka więc brzmi a słuchacz słucha. I tu mamy drugi cud: u KAŻDEGO słuchacza odbiór jest całkowicie INNY, tak jak każdy człowiek różni sie od innego. Na dobrą sprawę, jak mi się wydaje, rzecz leży w magicznym funkcjonowaniu narządu słuchu. To on prowadzi nas w rejony NIEKONKRETNE (w odróżnieniu od zmysłu wzroku na przykład), w głąb naszego własnego ja i pozwala w abstrakcyjny sposób PRZEŻYWAĆ, odbierać muzykę. Przebywamy w tym, wspomnianym przez Lutosławskiego „świecie idealnym”, nie tym samym co kompozytor, nie tym samym co muzycy czy dyrygent ale we WŁASNYM, wzbudzonym przez dźwięki przez kompozytora uporządkowane, przez muzyków odtworzone, przez nas indywidualnie przetworzone. Muzyka przenosi nas w INNY ŚWIAT. W jaki? Nie wiem. Ale zauważcie jedno, co także moją uwagę zwraca wielokrotnie i trudne do zaobserwowania nie jest, jeśli się patrzy dyrygentowi w twarz (np.na nagraniu lub transmisji) a nie w plecy (jak na sali koncertowej): po dobrym, udanym wykonaniu utworu dyrygent potrzebuje kilkunastu (jeśli nie więcej) sekund ABY WRÓCIĆ! Dokąd? Do rzeczywistości. Skąd? Tego właśnie nie wiemy. Może z tego świata idealnego? Może ze świata transcendencji? Może z krainy muzyki? My też, jeśli jesteśmy muzyką przejęci, tam przebywamy, każdy w swoim świecie idealnym. Tylko swoim. To jest ten cud, który sprawić potrafi tylko muzyka, bliska w tym mistyce.[...] << (koniec cytatu)

                Chcę nawiązać do końcowej części powyższego cytatu, bo dotyka ona tego, co wydaje mi się istotne. Jednocześnie zdaję sobie w pełni sprawę z kolosalnej trudności przedsięwzięcia; bo próbuję opisywać coś, co jest w gruncie rzeczy nieopisywalne. Emocji towarzyszących wykonaniu muzyki nie da się przełożyć na słowa. Muzyka, jak żadna inna sztuka, odwołuje się wprost do naszej duchowości (cokolwiek by to miało znaczyć), do tej sfery naszej świadomości, o której wiemy, że jest, ale opisać jej nie potrafimy. A jeżeli opisujemy, każdy o czymś innym myśli. Można tu się odwołać do pitagorejczyków, którzy stworzyli cały filozoficzny wykład o muzyce wiodąc go aż do muzyki kosmosu („muzyka sfer”). Stanowic ona miała obszar, „w którym muzyka prowadzić miała do poszerzania świadomości i kontemplacji piękna, łącząc się z duszą człowieka i współdziałając z nią, stawała się częścią tego, co wieczne”. Zaś Arystoteles stwierdził praktycznie i prawdziwie, że „muzyka łagodzi obyczaje”. Tak czy owak wpływ muzyki na nas stanowi od dawna tajemnicę, z którą zmagali się najwięksi. Nikt jeszcze nie wynalazł słów i języka, przy pomocy których opisać by się dało ten rodzaj uniesienia i zachwycenia jakie przynosi muzyka. W tym sensie znajduję też dużo prawdy w twierdzeniu, że piękno muzyki zbliżone jest do piękna matematyki. Jeśli więc w czasie słuchania utworu muzycznego przeżywacie coś w rodzaju ekstazy, wpadacie w zachwyt czując przy tym owo przysłowiowe „mrowienie w kręgosłupie” czy „motyle w brzuchu” to zostaliście właśnie „dotknięci” i „porażeni” pięknem muzyki.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 03 lutego 2014 18:21
  • czwartek, 30 stycznia 2014
    • 13. Zło, dobro, dekalog i inne katalogi

      Na zakończenie cyklu wpisów na innym blogu (emes5756.blog onet.pl) "popełniłem" tekst podsumowujący, rozprawiający się, na ile potrafiłem, z kwestią: dlaczego człowiek potrzebuje zakazów, aby okiełznać swoją naturę.

      Tekst ten wydaje mi sie na tyle (dla mnie) ważny, że go tu przytaczam w wersji, jaka ukazała sie na blogu  hotellambert.blox.pl (wszystkie odniesienia do numerów wpisów w cytowanym tekście odnoszą się do wpisów na blogu emes5756.blog.onet.pl):

      >>Jeśliśmy tacy dobrzy, dlaczego tacy źli?

         Pytanie, które pojawia się na końcu poprzedniego wpisu(12/73 Katalogi, Dekalog nad dekalogi(?)…) nie jest wcale retorycznym. Odpowiedź nie jest bowiem znana. Lub inaczej: odpowiedzi jest tyle, ile odpowiadających. Jeszcze inaczej: pytań jest więcej niż odpowiedzi na nie. Zarówno z bardzo cząstkowego przeglądu zestawień różnych regulacji (wpisy 2/63bis do 12/73) w formie kata- i dekalogów, kodeksów, zaleceń, pouczeń i praw, jak i z doświadczenia naszego wiemy przecież, że jeżeli chodzi o ilość mniej lub więcej sformalizowanych regulacji, które pozytywnie mają wpływać na nasze życie i zachowanie, na nasze relacje z innymi jednostkami, w końcu na nasze relacje ze społecznością, w której żyjemy – to można powiedzieć, że toniemy wprost w powodzi takich regulacji. Mało jest dziedzin ludzkiego życia, które nie zostało by poddane jakimś regulacjom, a jeżeli taka dziedzina się pojawia, biegniemy ją uregulować. Przodują w tym zarówno struktura cywilna czyli państwo jak i religie. Nie wiem, czy ludzkość nie przekroczyła w tym już jakiejś granicy, którą można by uznać za rozsądną. Z jednej strony pojawiają się nowe dziedziny ludzkiej aktywności, które nowych regulacji wymagają – i to jest zrozumiałe – z drugiej bez przerwy i bez skutku majstrujemy przy dawno wymyślonych regulacjach, jakie w spadku pozostawili nam przodkowie.Kodeksy regulujące nasze życie nie pojawiają się ot tak sobie, deus ex machina (zróbmy wyjątek dla Dekalogu, ten bowiem, jak podaje Pismo został nadany osobiście przez Pana), nie zostają „wynalezione”, choć są potrzebne, ale z reguły zostają NADANE przez kogoś, kto do tego jest uprawniony. Uprawniona jest z reguły władza. I to ona ustala zasady „gry” polegające zarówno na ustalaniu  reguł a także ich egzekwowaniu. Do egzekucji potrzebna jest określona moc (przemoc). Tak więc – warto zapamiętać – regulamin, kodeks, dekalog itp. jest, chciał – nie chciał, także atrybutem władzy. Na tym poprzestańmy

          Ograniczę tu moje dywagacje do tego, czym zajmują się kodeksy religijne, traktując je jako kodeksy etyczne. Kodeks taki w skrócie i uproszczeniu ma nam dać odpowiedź na pytanie: jak żyć uczciwie, porządnie (wierzący powie też: w zgodzie z bogiem, bez grzechu). I kodeks taki powinien dać także, z założenia, definicję tego, co jest owym uczciwym i porządnym życiem. Definicje taka obowiązuje jednak, to zastrzeżenie uważam za istotne, tu i teraz. TU – to znaczy w tym miejscu geograficznym, dla jednostki w tej społeczności (rodzinie, konfesji, związku itp). TERAZ – to znaczy w tym momencie historii ludzkiej. Chcę przez to powiedzieć, że obowiązujący katalog zaleceń etycznych jest funkcją miejsca i czasu. Zawsze i wszędzie. I tylko kodeksy religijne uzurpują sobie, że ich regulacje są dane raz na zawsze – od zawsze i na zawsze niezmienne, wieczne. To złudzenie. Historycznie to właśnie religie wzięły na siebie rolę Instytucji predestynowanych do tego, aby ustalać – obojętnie, czy oryginalne własne, czy też przyswojone z pośród już praktykowanych – kodeksy zachowań, które uznać należy za dobre. Bo przecież w kodeksie takim nie znajdujemy niczego innego, jak wskazania do odróżnienia zachowania pożądanego (dobrego) od zachowania niepożądanego (złego). A zatem przeciwstawienie DOBRA i ZŁA. W konsekwencji tego owo dobro i zło podlega także wspomnianej uprzednio zależności wobec „Tu i Teraz”, bo najpierw definicje tych pojęć, a dopiero wtórnie zachowania, są uzależnione od miejsca i czasu i zakotwiczone w historii.

      Jaka więc „filozofia” leży u podstaw tworzenia takich katalogów zaleceń postępowania, jak np. Dekalog? Konkretnie, począwszy od przykazania czwartego? Z jakiego założenia się wychodzi? Jeżeli buduje się go w oparciu o cały zestaw zakazów, to najwidoczniej katalog zakazów ma zapobiegać temu, do czego adresat zaleceń ma naturalne skłonności. Widocznie bez owych zakazów, wymienionych szczegółowo w katalogu/dekalogu, naturalne skłonności do zła, jako wrodzone i przyrodzone, realizowały by się zgodnie z naszą naturą. Bo przecież, założywszy sytuacje odwrotną, gdyby ludzie mieli naturalne skłonności do czynienia dobra, powszechnie obowiązujące zakazy czynienia zła były by im do niczego niepotrzebne. Zatem filozofia dekalogu jest następująca: człowiek jest istotą mająca naturalną, wrodzoną skłonność do ulegania swoim złym instynktom, które też są wrodzone i naturalne. A ma ją dlatego, że w człowieku skłonność do zła, ta ciemna strona jego dwoistej natury, jest zawsze obecna i dominuje nad jego skłonnością do czynienia dobra, która co prawda istnieje w ludzkiej naturze również, jest jednak od jej przeciwstawnej strony ciemnej o wiele słabsza – musi więc, przynajmniej dla przywrócenia równowagi, zostać wzmocniona przypomnieniem co jest złe i zakazem czynienia go. U podstaw filozofii Dekalogu leży więc świadomość tego, że w każdym z nas drzemie zarówno dr. Jekyll jak i Mr Hyde, przy czym ten ostatni ma nad tym pierwszym zdecydowaną przewagę – jest mocniejszy. Osobiście uważam, że to rozpoznanie dwoistej natury człowieka ze wskazaniem na przewagę strony ciemnej – jest prawidłowe i trafne. Niezależnie jednak od tego, co ja uważam, o prawidłowości takiego osądu przekonują nas doświadczenia dziejów ludzkich. Jak daleko w głąb historii sięga pamięć ludzka nie znajdzie się ani jeden dzień, w którym ludzie nie prowadzili by wojen, nie zabijali się nawzajem jednostkowo, zbiorowo i masowo. Nie tworzyli praw aby je łamać, nie dokonywali zaboru cudzego obszaru i mienia jednostkowo i masowo, i nie łamali także wszystkich innych zakazów, także tych nielicznych, jakie Dekalog wymienia szczegółowo. Zresztą Tora, skąd Dekalog nasz pochodzi jest jedną wielka opowieścią o przewadze sił ciemności nad siłami jasności. Jest to też jedna wielka opowieść o słabości natury ludzkiej. Zauważmy też, że w niektórych przypadkach Dekalog bywa przykładem wyjątkowej hipokryzji (zresztą Dekalog Mojżeszowy nie jest tu wyjątkiem). Jeżeli bowiem Pan/Prawodawca z jednej strony z naciskiem mówi „nie zabijaj” ( piąte przykazanie) a z drugie strony ten sam Pan/Prawodawca obiecuje Izraelitom (Księga Jozuego), że dokona eksterminacji wszystkich tych ludów (mężów, kobiet, dzieci), zasiedlających ziemie, którą im obiecał, to mamy do czynienia z selektywnym obowiązywaniem zakazu, co jego (zakazu) siłę znakomicie osłabia a wiarygodność Prawa i Prawodawcy skutecznie podważa. Jeżeli Pan nie stosuje się do własnego kodeksu, człowiek chyba też nie musi? Tak więc nietrudno wykazać i doświadczeniem historii rodzaju ludzkiego potwierdzić, iż filozofia „zakazowa” Dekalogu oparta jest na wiedzy o tym, że w dwojakiej naturze ludzkiej, na którą składa się pierwiastek ciemności i pierwiastek światła, czyli silna skłonność do złego i słaba do dobrego, ten składnik pozytywny jest o wiele słabszy od negatywnego. Ten ostatni bowiem zawsze przeważy. Tego uczy również ta sama Tora, z której Dekalog pochodzi, opowiadając nam najpierw mit o Adamie, Ewie, wężu, jabłku i pokusie, jakiej pierwsi rodzice ulegli, zanim ich z raju nie wygnano a potem kolejne, podobne historie o niegodziwości władców i zwykłych ludzi. Uczy także jeszcze jednego: jeżeli ustanowiony zostaje zakaz, nieuchronne jest, że będzie on omijany.

      Zakończę na tym ten uproszczony i zwulgaryzowany wykład manicheizmu. Kto chce go pogłębić, sięgnie do źródeł a także…do wielkiego Ojca Kościoła – św. Augustyna. On coś o nim wiedział. Bo nie o manicheizm mi tu chodzi ale o głębokie i prawdziwe rozpoznanie istoty natury ludzkiej, jakie leży u podstaw wszelkich katalogów zakazów, z dekalogiem mojżeszowym włącznie. Jest ono jednocześnie przyznaniem się do klęski obrazu człowieka, jako „istoty z natury dobrej”. Istota taka nie istnieje, w odróżnieniu, niestety, od istoty z natury złej. Taka rzeczywistość także poddaje się rozpoznaniu rozumowemu i lepiej się nim posługiwać w ocenie ludzi i zdarzeń, niż kierować się naiwną wiarą w ten najlepszy ze światów z najlepszymi z natury istotami na nim. Tako rzecze (też) Mani. Kościół, „matka nasza” (że pozwolę sobie w tym kontekście na szczyptą ironii i użyję obiegowego określenia) mówi w gruncie rzeczy to samo, tylko innym językiem, udając, że mówi coś innego, niż mówi.<<

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 stycznia 2014 22:28
  • piątek, 04 października 2013
    • 12.2 Co jest potrzebne...(część II)

         W części I-ej (12.1) posłużyłem się przykładem chrześcijaństwa, jako religii, która pojawiła się wtedy, kiedy była potrzebna i odniosła historyczny sukces. Tu zaś spróbuję podać na przykładzie dwóch wielkich ideologii zrealizowanych w XX wieku, z których żadna nie miała być ruchem religijnym, lecz z określonego punktu widzenia się nim stała, jak wykształcone przez religie rytuały przenikają, lub zostają wykorzystane przez ruchu świeckie (i na odwrót), bo są pod ręką i lepszych w historii nie wynaleziono. Zaś do ich powstania i rozpowszechnienia potrzebne były dokładnie te same zespoły uwarunkowań, co dwa tysiące lat wcześniej dla chrześcijaństwa. Mam na myśli dwa wielkie ruchy XX stulecia, tak się składa, że oba w praktyce swej zbrodnicze, to jest hitleryzm i stalinizm. Nie prowadzę tu żadnych analogii miedzy nimi a religiami, bo cele ideologiczne były całkowicie odmienne, ale chcę wykazać jak niewielka różnica występuje w dziedzinie warunków wyjściowych potrzebnych do ich powstania i środków jakimi się posługują dla osiągnięcia sukcesu. I jak łatwo przez uruchomienie nie do końca przeze mnie zrozumiałego mechanizmu psychologicznego porwać (otumanić?) masy ludzkie nawet wtedy, gdy metody osiągania celów są w oczywisty sposób zbrodnicze. 

      Przyjąłem w części I-ej, że jednym z warunków do powstania wielkiego ruchu jest beznadziejność istniejącej sytuacji, nie akceptowanej przez społeczność. W wypadku hitleryzmu był to stan po klęsce niemieckiej w (rozpętanej przez nich) I-ej Wojnie Światowej wyznaczony przez Traktat Wersalski i narzucone Niemcom ogromne reperacje wojenne. Niemcy zostały rzucone na kolana pod każdym względem i gospodarczo spauperyzowane. Z mocarstwa światowego stały sie europejskim pariasem. Powstałych problemów i napięć nie były w stanie rozwiązać nietrwałe i chwiejne rządy Republiki Weimarskiej. Sytuacja była więc "rewolucyjna" od wewnątrz ale także i od zewnątrz (ekspansja rewolucji bolszewickiej). Niemcy czekały swojego Mesjasza i doczekały się go w postaci Hitlera. Miał on to wszystko, co było potrzebne: ustalony zestaw populistycznych poglądów (wyłożonych w "Mein Kampf", którego nikt nie znał i nie czytał) jako receptę na występujące problemy, absolutne przekonanie (rosnące w miarę czasu i sukcesów) o swoim posłannictwie, gwardię przyboczną pretorian przekonanych i oddanych oraz niesłychaną umiejętność manipulacji emocjami mas oraz umiejętność manipulacji politycznych polegającą m.i.na zawieraniu sojuszy, których warunki potem bez skrupułów deptał a sojusze z chwilą osiągnięcia celów zrywał. Bowiem "cel uświęcał wszystkie środki" a celem była władza w Niemczech po to między innymi, aby wywyższyć (poniżony) naród niemiecki "ponad wszystko" (cytat z hymnu) i stworzyć "naród panów" w 1000-letniej Rzeszy panujący po wieczne czasy nad innymi narodami (rasami) w nowym porządku światowym. Ta ideologia uwiodła naród niemiecki w sposób skuteczny, zaś sukcesy gospodarcze osiągane przez hitlerowców, gdy doszli do władzy tylko wiarę w Wodza umacniały. Uwierzyli mu tym bardziej, że wskazał konkretnych sprawców ich nieszczęść to jest spisek mocarstw, Żydów (międzynarodowa finansjera) i komunistów i obiecał ich zniszczyć "tu i teraz" i do dzieła zniszczenia konsekwentnie i z sukcesami przystąpił (wojna, rozwiązanie "kwestii żydowskiej"). W ten sposób hitleryzm poprzez praktykę podbudowaną odpowiednią ideologią objawił się jako jeden z najbardziej zbrodniczych systemów politycznych, który zyskał poparcie ogromnej większości niemieckiego narodu a w końcu przyniósł mu ogrom nieszczęść nie wzbudzających niczyjego współczucia. W aspekcie tu rozpatrywanym hitleryzm był czymś w rodzaju religii Niemców: miał swojego Mesjasza, swoich kapłanów i arcykapłanów, swoich męczenników, swoje nabożeństwa i swoich ślepo ufających wiernych. Rozum został wyłączony, liczyły sie emocje, wiara, całkowite oddanie i wierność Wodzowi. Hitler spełniał wszelkie kryteria zbawiciela - był przede wszystkim przekonujący i porywający - skoro przekonał i porwał (prawie) wszystkich i powiódł ich...na zatracenie. I na końcu ofiarował swe życie przekonany, że naród niemiecki do niego nie dorósł i zawiódł go.

      Nie inaczej rzecz się miała w Rosji, gdzie kilkusetletni ucisk carski, niesłychana pauperyzacja i zacofanie cywilizacyjne społeczeństwa, bezwzględne zwalczanie wszelkich prób naprawy (pacyfikacje i zsyłki), cenzura i wszystko to co uosabiał carat w połączeniu z klęskami, jakie przyniosła mocarstwu rosyjskiemu I-sza Wojna Światowa wytworzyły "sytuację rewolucyjną". Na taką beczkę prochu oddziaływała nomen-omen leninowska "Iskra" mamiąc spauperyzowane społeczeństwo marksowską wizją władzy w państwie robotników i chłopów w nowym sprawiedliwym świecie bez wyzysku i prywatnej własności środków produkcji. I zdołała zrozpaczonych żołnierzy i robotników zmobilizować do obalenia zmurszałego do cna reżimu, wzięcia władzy leżącej na ulicy w swoje ręce i utrzymania jej przez ponad 70 lat. Rolę "zbawcy" odegrał przejściowo Lenin ale w tle rósł już prawdziwy "święty" i mesjasz, wychowany w seminarium duchownym - Stalin. Ten dopiero wycisnął na systemie swoje straszliwe piętno - nazwane później "kultem jednostki". Stalinizm przekształcił się w coś co miało wszelkie cechy religii - mimo, że w założeniach sytemu leżała absolutna ateizacja i zniszczenie wszelkich religii. Jedno drugiego nie wykluczało - odtąd modlono się do batiuszki-Stalina, słońca narodów, jemu oddawano hołd, budowano mu kapliczki a partia (pod Jego przywództwem) zbierała się na wspólne nabożeństwa (zjazdy) gdzie uchwalano jak ludzkość będzie zbawiana w drodze do nieba na ziemi czyli komunizmu. Byli i kapłani, byli właśni męczennicy, był cały ten religijny entourage wykształcony i wypróbowany przez stulecia w prawdziwych religiach. I było zaślepione wiarą w Przywódcę społeczeństwo. Oba systemy (hitleryzm/stalinizm) umiejętnie je przejęły, adoptowały i stosowały. Stalinizm, po rozbiciu hitleryzmu aspirował teraz do roli systemu światowego, globalnego. I na całe szczęście także upadł, niejako pod własnym ciężarem (z wyrafinowaną "pomocą" z zewnątrz)

      Pora na małe podsumowanie. Próbowałem tu, jak umiałem, przedstawić paralele, jakie występują przy rodzeniu się wielkich ruchów "zbawczych" czy to o charakterze religijnym, czy to ideologiczno - politycznych. Warunki wyjściowe okazują się zadziwiająco zbieżne, czy też podobne w tym sensie, że psychologicznie sytuacja wyjściowa jest podobna a potem środki socjo - techniczne użyte do rozpowszechniania i umacniania ruchu też sa podobne bo wzajemnie zapożyczane, modyfikowane i udoskonalane. To jeszcze oczywiście nie przesądza o tym, że można między nimi (ruchami i religiami) postawić znak równości.

      Teraz mała uwaga "pro domo sua": jeśli się przyjrzymy, jak na naszym, domowym, polskim podwórku wygląda rodzenie się tego, co nazwano "religią smoleńską" to (toutes proportions gardees) można tam znaleźć wiele z tego, o czym piszę wyżej. A w każdym przypadku potrzebne jest pewne "uśpienie rozumu"...

      Nie zamierzałem tu pisać żadnej rozprawy, nie zamierzałem analizy lecz raczej coś w rodzaju eseju (w ścisłym słowa tego znaczeniu) czyli próby uporządkowania tego, co sam o sprawie myślę. Po to chyba jest blog?


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „12.2 Co jest potrzebne...(część II)”
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      piątek, 04 października 2013 20:19
  • czwartek, 03 października 2013
    • 12.1. Co jest potrzebne...(część I)

      Tocząca się i stale powracająca gdzie indziej ("Pisanki") dyskusja wokół postaci Jezusa skłania mnie do namysłu nad tym, jakie właściwie warunki są niezbędne aby zaistniały, iżby mogła powstać - z powodzeniem - a zatem powinien to być ruch wielki, ogarniający wielkie masy i taki, który przetrwał - nowa religia. Na to pytanie pewnie już wielokrotnie odpowiedziano gdzie indziej; zrobili to kompetentni znawcy tematu, historycy religii i inni, część tych opracowań "liznąłem" (wszystkich nie sposób) i odpowiedzi nie znam. Pewnie dlatego, że jedna jedyna nie istnieje. W takich przypadkach mówi się: są dwie szkoły. Ja myślę, że tu akurat szkół jest więcej. Ale ja chcę mieć odpowiedź własną, na własny użytek, z własnego "urobku" myślowego. Świadomie użyłem na wstępie liczby mnogiej - warunki a nie warunek - bo jest dla mnie pewnym, że jeden jedyny nie wystarcza. Chyba, że odwołamy się do "wyroku boskiego" - ale ten mnie tu akurat nie interesuje. Spróbuję tu te warunki wyliczyć przy czym kolejność wyliczania nie wyznacza rangi, nie hierarchizuje. Najogólniej: żywimy przekonanie, że "coś" powstaje wtedy, gdy istnieje na taki byt zapotrzebowanie. Ja się z tym zgadzam i sprecyzowanie, co tworzy owo zapotrzebowanie jest opisem owych warunków niezbędnych. Pozostając przy analogiach rynkowych (podaż - popyt) zacznijmy od strony popytowej. Musi więc zaistnieć w świadomości ludzkiej (potencjalni odbiorcy nowej idei - religii) przekonanie, ze stan, w jakim żyją (i mentalnie i materialnie) jest już dłużej nie do zaakceptowania, że musi się zmienić. Na ów nieakceptowalny stan istniejący składają się zarówno warunki materialne (nędza, poniżenie, niesprawiedliwe warunki socjalne i społeczne przy jednoczesnym braku perspektywy na polepszenie itd) jak i świadomościowe (niewola umysłowa, ograniczenie wolności słowa, przemoc mentalna, indoktrynacja, niewola itp). Taki zespół warunków zaistniał w historii wielokrotnie. Nie zawsze jednak w odpowiedzi na istniejącą niedolę powstawała nowa religia. Było zapotrzebowanie, nie było podaży (a raczej "Podawcy"). W tych, opisanych wyżej i w dużym uproszczeniu warunkach istnieje zapotrzebowanie na taką ofertę, która im odpowiada. Powinien więc pojawić się ktoś, kto sformułuje pomysł na rozładowanie istniejącej frustracji i otworzy przed sfrustrowanymi perspektywę, która ich przekona, porwie i poprowadzi. Którą uznają za swoją. Ten Przywódca, Mistrz, Nauczyciel, Wódz, Król czy jak Go nazwać (czy też sam się nazwie) musi przedstawić w miarę zwarty zestaw poglądów, idei, w których znajdzie się odpowiedź na to "dlaczego jest jak jest (źle)" i co On im oferuje aby nie było jak jest. Na to musi On (tak będę Go dalej nazywał) mieć odpowiednią charyzmę, zdolność przekonywania, popartą przykładem własnym oraz inteligencję, pozwalającą przekonująco wyjaśnić powody istniejącego zła i równie przekonująco (albo - uwaga - niesprawdzalnie!) przedstawić wiarygodną perspektywę lepszego urządzenia tego świata. I wskazać drogi i sposoby aby to osiągnąć. Głos jednego człowieka w morzu nieszczęśliwych jest jednak słabo słyszalny, więc musi On mieć uczniów lub posługiwać się umiejętnie pozostającymi do dyspozycji środkami technicznymi dla zwielokrotnienia i rozpowszechnienia jego przekazu. To jednak jeszcze nie wystarczy aby powodzenie było długofalowe i ostało sie historycznie. Potrzebna jeszcze będzie "intytucjonalizacja" dla trwałego osadzenia religii/ruchu w organizmie społecznym, w którym się zrodziła.

              Tu mały wtręt: wielkie religie powstawały dawno, choć w czasach                 historycznych i do nich odnosi się uwaga o uczniach, która                           potwierdza się dobrze w przypadku Jezusa, Buddy czy Mahometa.               Mam jednak również na uwadze wielkie ruchy ideologiczne w czasach         nowożytnych, które przybierały postać quasi-religijną i te posługiwały           się umiejętnie dla swojej propagandy głównie środkami technicznymi;         z uczniów nie rezygnując ale ich oddziaływanie środkami                             technicznymi multiplikując.

      Skoro już się wprowadziło rozróżnienie religii "historycznych" oraz ideologii "współczesnych", przejdźmy do konkretów.  Posłużę się tu przykładami najlepiej nam znanymi: chrześcijaństwem jako przykładem religii historycznej (w części I) i hitleryzmem/stalinizmem (w części II) jako przykładami ruchów ideologicznych, które w pewnym sensie religiami się stały lub stawały na ogół wbrew własnym założeniom. A jeśli się religiami nie stały, to jednak nabrały cech religii.

      Sytuacja w Palestynie, w czasach "około-chrystusowych" może być przykładem na to, iż istniał zespół warunków, w których zapotrzebowanie na nowe otwarcie ideologiczne było dojmujące. Izraelici byli pod okupacja zupełnie obcej im mentalnie i kulturowo okrutnej władzy, która co prawda dawała im ograniczoną autonomię religijną ale wszelkie ruchy wolnościowe tłumiła w zarodku z właściwą Rzymianom surowością. Pod tym względem sytuacja była beznadziejna. Właściwy Rzymowi ustrój był ustrojem niewolniczym a więc umieszczał większą część poddanych olbrzymiego imperium w warstwie, z której tu i teraz nie mogli się wydobyć by dolę swą poprawić. Również dla nich sytuacja była beznadziejna. U Izraelitów istniała ponadto silna biblijno - prorocka tradycja tęsknoty za Mesjaszem, to jest tym, który wybawi ich od nieszczęść tego świata i będzie im królował. Tacy Mesjasze pojawiali się co i raz. Z tego więc punktu widzenia w Palestynie owych czasów istniał cały zespół warunków.sprzyjających powstaniu wielkiego ruchu odnowy. Czasy wołały o Jezusa. Czasy wołały o postać przywódczą, obdarzoną charyzmą wynikająca z absolutnego przekonania, że to ON WŁAŚNIE ma do wypełnienia MISJĘ zmiany tej rzeczywistości, przemiany ludzi i wpojenia im chęci, aby sie zmieniali. On ma odpowiedź na pytanie, kiedy to nareszcie ten nie do zniesienia świat wynagrodzi upodlonym i zniewolonym upodlenie i zniewolenie. Przywróci im wiarę w egzystencję TU I TERAZ, bo jest to stan przejściowy w oczekiwaniu na WIELKĄ NAGRODĘ TAM I POTEM! Aby w swoim nauczaniu być absolutnie przekonującym musiał dać świadectwo, ze jest dla niego gotów poświęcić wszystko, także swoje życie. Argument wiarygodności nie do odparcia! Nie mam zamiaru opisywać tu treści nauczania Jezusa, podkreślę jedynie, że w rezultacie nauki Jego dały tym najbardziej upośledzonym NADZIEJĘ na poprawę bytu, co prawda nie tu, ale po śmierci. To, że jest to obietnica nieweryfikowalna, nie ma tu żadnego znaczenia, przenosimy się bowiem w przestrzeń wiary.

      Kolejny warunek został zatem spełniony; pojawił sie charyzmatyczny, przekonujący, porywający tłumy bohater. Aby głos Jego był słyszany i zwielokrotniony, także po Jego odejściu, potrzebował uczniów, którzy by rozpowszechniali głoszoną przez Niego DOBRĄ NOWINĘ. Tych pozyskał, natchnął ich duchem posłannictwa, które ponieśli uciskanym owego świata antycznego. I odnieśli niesłychany sukces! Następny warunek został więc także spełniony. Ale to za mało, aby z ruchu rozpowszechniającego się wśród dołów ówczesnych społeczeństw, wykształciła się ORGANIZACJA, która stała sie potem prawdziwym światowym imperium. Potrzebny był jeszcze ten szczęśliwy i rzadki w historii zbieg okoliczności, kiedy to ruch ten objawił się wewnątrz światowego imperium świeckiego, które przeżywało akurat konwulsje rozkładu i upadku i na którego czele znalazł się inny geniusz, który w rozprzestrzeniającym się chrześcijaństwie, podgryzającym imperialny porządek dostrzegł nie zagrożenie ale szansę! Tym geniuszem był Konstantyn Wielki, a genialnym pociągnięciem było uznanie religii chrześcijańskiej za religię państwową. Z licznych upośledzonych i prześladowanych uczynił równoprawnych uczestników życia państwowego. A trafił na uczniów niesłychanie zdolnych. Uczynili oni, z biegiem wieków, ze swoich kościołów lokalnych INSTYTUCJĘ o charakterze globalnym, wyposażoną we wszystkie atrybuty władzy świeckiej, którą to sobie w końcu po 1000 latach całkowicie podporządkowali. Została, że tak powiem, wydrążona od środka. To w końcu papieże mianowali posłusznych im bezwzględnie "suwerenów" świeckich; ci zaś, którzy nie byli posłuszni, doprowadzani byli do Canossy. Tak więc końcowym warunkiem powodzenia ruchu religijnego jest takie jego zinstytucjonalizowanie aby mógł oprócz rządu dusz sprawować także skuteczne rządy w świecie doczesnym. Tą naukę chrześcijaństwo w toku wieków nabyło i zastosowało perfekcyjnie. Ale, moim zdaniem, zaszczepiło samo sobie przy okazji wirusa rozkładu i upadku. O ile bowiem "rząd dusz" można uznać za strukturą ahistoryczną czy pozahistoryczną o tyle Kościół, jako Instytucja świecka jest jak najbardziej strukturą historyczną. A ta, jak każda inna rodzi się, rozwija, degeneruje i upada. Takie są prawa historii i dla Instytucji religijnych nie czynią one wyjątku. I to odróżnia wiarę/religię od Kościoła/Instytucji która zmonopolizowała jej (religii) propagowanie i wykładanie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 października 2013 18:35
  • sobota, 20 lipca 2013
    • 11. Słowa, słowa, słowa - spór bez konca....

      Ostatnio przeczytany świetny tekst: http://sporniak.blog.onet.pl/2013/07/17/ostateczne-uzasadnienie-wiary-i-niewiary/  

      wprowadza mnie w sam środek dyskusji "fundamentalnej" na temat  "czy ON istnieje, czy nie istnieje?" Mam tu na ten temat swoją własną, wcale nie oryginalną i wcale nie olśniewającą teorię. Po prostu według niej wszystkie do siebie nie pasujące puzzle zaczynają mi się układac w dość spójną całość. Czy to przemawia za jej ("teorii", celowo w cudzysłowie) słusznością? Nie! Ona tylko przekonuje mnie samego i nic więcej.

      Zrobiło swego czasu wielkie na mnie wrażenie stwierdzenie jednego z autorytetów neurofizjologii o tym, że mózg nasz, a właściwie jego prawa połowa jest otchłanią, kosmosem niezbadanym, który samodzielnie i niejako poza naszą kontrolą i wolą generuje cały szereg sygnałow, które dopiero po tym są obrabiane przez połowę lewą, to jest tą, która jest jakby czynną częścią naszego mózgu, kształtuje/steruje naszą świadomością, czynnościami, życiem naszym i zachowaniami. Upraszczam pewnie znacznie ale jest jakaś tajemnica w tym, co "robi" nasza prawa półkula mózgowa i jak się to ma do naszych zachowań, myślenia, świadomosci, poznania. To jest jedno założenie. Drugie polega na tym, że człowiek od zarania obserwuje swoje otoczenie i siebie samego i mechanizmu funkcjonowania tego świata nie pojmuje w pełni, a ponieważ ma w sobie pragnienie wyjaśniania tajemnic, z którymi się spotyka, dorabia do tego odpowiednie do stanu swojej wiedzy wyjasnienia. Czyli poszukuje czynników sprawczych. No i trzecie załozenie jest takie, że jesteśmy ego- czyli antropocentryczni. Czyli wszystko tłumaczymy według swojej ludzkiej miary i swoich wyobrażeń. Do tego zaś, aby sobie samemu i innym cokolwiek wytłumaczyć i świat ten objaśnić nie mamy (do komunikowania) innych narzędzi, jak słowa, bo tylko one jako tako oddają to, co jest naszymi myślami. Jesteśmy więc w pewnym sensie niewolnikami słów, które w sposób dalece niedoskonały nasze myśli odzwierciedlic mają i mogą (bardzo trafnie na temat ograniczającej roli słowa mówi zen).

      Przy tych założeniach można przejść do rozpatrywania zgłoszonego na wstępie pytania. Człowiek zadaje je sobie jak długo jest swojego człowieczeństwa świadomy i udziela sam sobie odpowiedzi w zasadzie (i w uproszczeniu) na dwa tylko sposoby: albo "to wszystko" co nas otacza (bliżej i dalej, a także w głębi nas samych) jest realizacją WIELKIEGO ZAMIARU jakiegoś SPRAWCY, którego nazywa się różnie ale symbolizuje jako Boga; albo też - druga opcja - "to wszystko" jest wynikiem li tylko procesów naturalnych, ewolucji świata materialnego i rządzących nim praw. Ta druga opcja aboslutnie nie zadowala zwolenników opcji pierwszej - śpieszą oni natychmiast z pytaniem: a skąd sie wzięły te prawa? (w domyśle: KTO je stworzył?). I dyskusję można zaczynać od początku. Już starożytni podejrzewali, że wbrew temu co sądzono, iż jest jakiś Stworzyciel, który ten świat powołał do bytu z niebytu, urządził i "uruchomił" jest najprawdopodobniej odwrotnie, mianowice, że to my ludzie, wymyślilismy tego Stworzyciela, a nie potrafimy tego zrobic inaczej jak na obraz i podobienstwo swoje, poniewaz innym aparatem pojęć i przymiotów nie dysponujemy. Ksenofanes z Kolofonu tak o tym mówił: "Ludzie stworzyli bogów na swój własny obraz. Śmiertelnym się zdaje, że bogowie zostali zrodzeni jak oni, że noszą ich szaty, mają ich głos i postać. Etiopowie uważają, że ich bogowie mają spłaszczone nosy i są czarni, Trakowie zaś, że mają niebieskie oczy i rude włosy. Gdyby woły, konie i lwy miały ręce i mogły nimi malować, to konie malowałyby obrazy bogów podobne do koni, a woły podobne do wołów." I ta "szkoła" myślenia o bogu/bogach przetrwała (patrz m.i. Feuerbach). Gdyby to było takie oczywiste i przekonywujące, nie było by religii, które towarzyszą ludziom od zarania, przyjmując formy coraz bardziej wysublimowane i posługując sie coraz bardziej wysublimowaną teologią. Ta tendencja znalazła swój szczyt w "powołaniu do egzystencji" boga wyabstrahowanego, jak to uczyniła religia mojżeszowa ("jam jest, który jestem" czyli nienazywalny, niewysłowiony), bóstwo to teologia chrześcijanska wyniosła jeszcze wyżej czyniąc je niewysłowionym, niepoznawalnym a jednoczesnie przedwiecznym, wszechmocnym, nieskończenie dobrym - co tak czy owak jest opisem cech ludzkich, tyle że spotęgowanych. Tu zresztą teologia uwikłała się we własne niekonsekwencje bowiem na opis nieopisywalnego zużyła tyle słów, ze zapełniły one tysiące bibliotek. I zawsze są to tylko SŁOWA. Nie można bowiem opisac czegoś, co jest niepoznawalne, można jedynie opisywać własne ograniczenia w zbliżeniu się do niepoznawalnego/nieopisywalnego. Można zresztą przywołac tu jeszcze jeden argument contra religiam. Gdyby teologia dowolnej z nich była niepodważalnie prawdziwa, wszystkie inne szybko okazały by sie zbędne, jako fałszywe. Tymczasem każda religia głosi prawdę własną, propagując ją jako jedynie prawdziwą i nie zważając, ze w tym nie była, nie jest i nie będzie odosobniona. Konkurencja jest tu silna, sama w sobie nie jest złem, ale fakt, że istnieje, potwierdza tylko, że próba dochodzenia do tzw. prawdy odbywa się w rozproszeniu, różnymi drogami, z których żadnej wyróżnic, jako słusznej, nie sposób. Konkurują teologie, czyli przekaz słowny. Weszlismy więc na teren, na którym liczą się wyłącznie SŁOWA. I tu tkwi, moim skromnym zdaniem, klucz do zrozumienia istoty rzeczy i istoty sporu. Jeżeli bowiem przyjąć, i tu wykładam moją "teorię małego Jasia", że to, co nazywamy sporem fundamentalnym (to znaczy JEST CZY GO NIE MA) rozgrywa się jedynie w warstwie werbalnej i w gruncie rzeczy żadną rzeczywistą, obiektywną sprzecznością nie jest, jest tylko sporem słownym, przerzucaniem się definicjami (słowami!), argumentacją (słowami!), których żadnymi materialnymi dowodami poprzeć nie sposób. Jest tylko fechtunkiem na słowa, definicje, tezy i antytezy; czyli fechtunkiem przy pomocy tych narzędzi, jakie sami wytworzylismy dla zrozumienia samych siebie i naszych relacji ze swiatem - CZYLI SŁÓW - czyli, moim przynajmniej zdaniem, stajemy sie przedmiotem "zabawy" jaką "wymyśla" i podrzuca nam do "obróbki"nasz własny kosmos, czyli nasza prawa półkula mózgowa - bo tak ona właśnie funkcjonuje. Jeżeli spojrzec z tego punktu widzenia wszystkie elementy puzzla zaczynają się układać w jakąś w miarę spójna całość. Pytanie "czy istnieje czy nie" staje się nieważne wobec swiadomości, że sam spór o to został wymyślony przez nas samych. Jeśli istnieje, jest to tak samo uprawnione jak to, że nie istnieje - jest bowiem tylko chwilową układanką słowną. Nieważne jest też (tu odwołuje się do tekstu Sporniaka) czy racja leży po stronie Dawkinsa (przez małe "r") czy ks.prof.Hellera (przez duże"R"), bo to też są tylko układanki i zabawy słowami. SENS TEGO WSZYSTKIEGO można poszukiwac zarówno przyjmując hipotezę Pierwszego Poruszyciela, jak i jego braku - bo to my, ludzie, definiujemy i nadajemy wszystkiemu sens. Także pytanie Leibnitza jest "bez sensu", jezeli sensu mu nie nadamy. Nie ma ono sensu "samo w sobie", bez nas. Także hipoteza istnienia Kreatora, bez równoczesnego założenia, że istnieja ludzie, którzy o Niego się spierają, jest bez sensu. Dalej: wszelkie próby (dość rozpaczliwe) dowodzenia w jedną (JEST) albo drugą (NIE JEST) stronę są pozbawione sensu, jesli przyjąc za rzecz oczywistą, że coś czego nie ma, nie potrzebuje dowodu na nieistnienie, zaś coś co jest, jest albo przedmiotem dowodu materialnego (to nie ten przypadek) albo przedmiotem wiary. W tym ostatnim zaś przypadku (wierzenia) dowodzenie jest zbędne, bo dotyczy innego porządku myślowego. Takiego, w którym się nie dowodzi, ale przyjmuje z góry za pewnik hipotezę bez dowodu. O wiele ważniejsze od rozstrzygnięć fundamentalnych wydają mi się w związku z tym konsekwencje pragmatyczne przyjetej postawy; mianowicie w jaki sposób to, czy (i jak) wierzę (lub nie) przekłada się na sposób mojego postepowania. Czyli jak praktykuję swoja wiarę/niewiarę. Ja zaś przy wszystkich tego rodzaju zażartych sporach/swarach fundamentalnych przywołuję Szekspira:"...słowa, słowa, słowa...". I to dotyczy także eseju Sporniaka - bardzo zresztą interesującego zbioru słów.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      emes.5756
      Czas publikacji:
      sobota, 20 lipca 2013 11:12